• Wpisów:142
  • Średnio co: 15 dni
  • Ostatni wpis:5 lata temu, 23:20
  • Licznik odwiedzin:25 071 / 2237 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
1
Matce mojej
bez której pomocy i zachęty
te wspomnienia
nigdy nie byłyby spisane
I.
Będę mówić, przyjacielu. Najchętniej milczałabym, ale milczenie nie jest żadnym rozwiązaniem, milczenie nie wyjaśnia nic. A ja usiłuję wciąż na nowo wyjaśnić sobie i tobie, że to, co uczyniłam, nie było zdradą. Nawet wtedy, gdy zapragnęłam umrzeć, nie popełniłam zdrady i nie zawiodłam twojej wiary we mnie. I dlatego, przyjacielu, przeciw twojemu milczeniu będę się bronić słowami.
Chcę ci przypomnieć siebie taką, jaką byłam poprzez te wszystkie lata, które mijały nam wspólnie, dni - podczas których nasze myśli płynęły równolegle, świadome swej bliskości; wystarczyło napisać list, wyciągnąć rękę, żeby napotkać twoje słowa, twój przyjazny gest. Chcę przywołać naszą przeszłość, naszą wspólną przeszłość, chcę, żebyś na tych kartkach, które białe jeszcze piętrzą się przede mną, odnalazł drganie mojego żywego serca.
Wiem, że będziesz słuchał z wielką cierpliwością, inaczej nie odważyłabym się pisać. Jakże niełatwo przychodzą mi słowa, jak niełatwo oporne słowa łączą się w zdania, daleko mi do płynności twojego stylu, do odwagi, z jaką posługujesz się karkołomną metaforą. Ale przecież nie o to chodzi. Zdarzenia, o których chcę ci opowiedzieć, znasz równie dobrze jak ja, moje słowa mają być tylko drogowskazem, który powiedzie cię w znajomym kierunku. Daj rękę, pójdziemy wstecz po naszych wspólnych śladach, pozwól, że poprowadzę cię raz jeszcze.
Ilekroć chodziliśmy razem, padał deszcz. Kiedy po raz pierwszy gęsty deszcz zaskoczył nas na ulicy, bałeś się, że zmoknę. Powiedziałam - bardzo lubię moknąć - moja ręka zaciążyła ci na ramieniu i odgadłeś, że mam głowę uniesioną do góry i że deszcz pada prosto na moje zamknięte oczy. Ująłeś mocniej moją bezwładną rękę i przez chwilę czułam, że to nie ja ciebie, ale że ty mnie prowadzisz, aż ostry kant krawężnika przypomniał nam, że ulice nie są tak proste, jak to sobie wyobrażają ludzie z otwartymi oczyma. Potknęłam się i gdybyś mnie nie przytrzymał, upadłabym. Pamiętam, że roześmiałam się ocierając mokrą twarz, pamiętam twój cichy śmiech.
Po kilkunastu minutach przystawałeś i zwracając ku mnie nieruchomą twarz pytałeś - czy nie jesteś aby trochę zmęczona? Zaprzeczałam gorąco, a ty, przyciągając mnie blisko do siebie, mówiłeś - kłamca, kłamca, przecież słyszę twój oddech, dyszysz jak pies, natychmiast wracaj do domu. I miałeś rację, że kłamałam, i miałeś rację mówiąc, że czas wracać do domu, na wygodny fotel, o którego poręcz można było oprzeć bolące plecy, nieruchomo oczekiwać, że oddech powróci. Moje serce było zbyt słabe, abym mogła chodzić, przypominało mi o tym nierówne pulsowanie krwi, ból sadowiący się pod lewą łopatką. Zawsze, ilekroć chodziłam, było mi duszno, a jednak lubiłam chodzić na przekór bolącym plecom, poprzez deszcz i wiatr. Pamiętam twoją twarz uniesioną do góry, rękę w proroczym geście. Mówiłeś - będzie padać, na pewno będzie padać, zaciągnęło się, i chyba na długo.
2
Kiedy chodziliśmy razem, nie mówiłam nic albo niewiele, żeby nie męczyć serca. Musiałam oszczędzać oddech, chciałam, żeby mi go starczyło na długo, na długie chodzenie. Dopiero w domu, do którego zawsze zabierałeś mnie przemocą, zwinięta w głębokim fotelu albo w łóżku oparta o wysoko spiętrzone poduszki odzyskiwałam głos. Opowiadałam ci chaotycznie zatrzymane w pamięci chwile, a ty układałeś jedną koło drugiej, budując z nich moje życie, mój świat. To tak jak gdybyś delikatnie wiódł ręką po mojej twarzy, od włosów lekko wszerz czoła, wzdłuż czoła, po linii nosa na wargi, obrysowując czułymi palcami usta, podbródek, wysunięte kości policzków, uszy. To było tylko raz i krótko, kiedy zapragnąłeś poznać także moją twarz. Zwykle siedziałeś w fotelu naprzeciw mojego łóżka i słuchałeś - nieruchomy, z odrobiną ironii czy wzgardy zastygłej na zawsze w uniesionych kącikach ust.
Kiedy nie mogłam mówić do ciebie - pisałam. Rozdzieliła nas sina woda - pamiętasz - a ja pisałam do ciebie codziennie ze wszystkich szpitali, będących moim pierwszym domem w tym obcym kraju. Pisząc powtarzałam głośno wyrazy, zdania - tak jak to czynię teraz - przymykałam oczy, aby cię widzieć wyraźniej siedzącego obok mnie. Poprzez wiele dni byłeś moim jedynym rozmówcą, opowiadałam ci o strachu, o nie urodzonej jeszcze nadziei. Moje listy, uporządkowane dokładnie, związane papierowym sznurkiem, leżą na dnie twojej walizki. Pozwól mi je wyjąć stamtąd, pozwól mi rozwiązać sznurek, którym je związałeś; przeczytajmy je wspólnie raz jeszcze.
Październik
Deszcz pada, wyobraź sobie, deszcz pada i prawie tak samo jak po tamtej stronie Oceanu. Okna pocięte smugami poszarzały pokój. Drzewa poza oknami straciły wszystkie barwy, ciemno-szare chwieją się w wietrze, przywierając ciasno do siebie Jestem sarna w tym ogromnym białym pokoju o dwóch wysokich łóżkach, z lustrem naprzeciw, w którym, jeśli chcę, mogę zobaczyć moją bladą twarz. Są tu jeszcze dwa nocne stoliki komoda i - drzwi. Otworzyły się właśnie i wefrunęła ciemna dziewczyna, roześmianym głosem mówi coś. Twarz ma ciemną ale za to głos tak jasny, że tobie objawiłaby się na pewno w najpiękniejszym kolorze czerwonym lub złotym. Nie, nie rozumiem jeszcze jej słów.
Nie potrafię nic wymyślić, muszę czekać. Gdyby można chociaż ominąć nie ko¨½czące się wieczory. Nie śpię także i po proszkach nasennych. Zapalam lampę, siadam na łóżku i czytam. To są wiersze angielskie, czytam je pracowicie wyszukując w słowniku każde słowo, uczę się ich na pamięć, powtarzam głośno próbując naśladować gardłowy, obcy dźwięk.
Dziewczyna gestem pokazuje łazienkę. W ręce ma szczotki i mydło. Będzie sprzątać. Zrozumiałam, no widzisz, nareszcie coś zrozumiałam. Uśmiecham się do niej i kiwam głową na znak zgody. Znika poza białymi drzwiami łazienki i tylko poprzez szparę dobiega jej głos - śpiewa... Za chwilę przyjdzie lekarz. Popatrzy na mnie troskliwie i nie przestając żuć gumy, zapyta, jak się czuję. Tak sobie - odpowiem, tę odpowiedź przygotowałam już wczoraj, jeśli jednak zechce się dowiedzieć bliższych szczegółów o moim zdrowiu, będzie musiał razem ze mną wertować karty słownika. I zniecierpliwi się jak zwykle, i po kilku minutach odejdzie mrucząc - do jutra... Deszcz pada, deszcz pada, drzewa chwieją się za oknem. No widzisz, jestem, znowu jestem, chociaż podobno daleko. Jestem, aż dokąd?
3
Październik
Czepiam się tych listów, jak gdyby mogły mi pomóc. Po co ci wiedzieć to wszystko? Czy odrobina troski o mnie przesłoni ci własną prawdę? Czy myśląc o mnie, nie będziesz myślał o sobie i tylko o sobie? Czy twoje własne uczucie nie jest dla ciebie ważniejsze niż wszystkie moje przyszłe i teraźniejsze dni? Czy nie omijasz mnie tak, jak ja omijam ciebie, nawet wtedy, właśnie wtedy, kiedy do ciebie piszę? A jednak potrzeba mi twoich słów i trzeba twojej pamięci. Pamiętaj o mnie, dobrze? Może będę się mniej bała, może będę usypiała spokojniej...
Każą mi leżeć nieruchomo, mówiłam ci już, a ja tak bardzo lubię chodzić. Kiedy zostawiają mnie sarną w pokoju, wstaję z łóżka i chodzę w koszuli od okna do drzwi. Coraz częściej myślę o tym, że może nie powinno się udać. Bo widzisz, kiedy już będę mogła oddychać, to trzeba będzie żyć, a ja tak bardzo boję się życia. Nieprzystosowana jestem, te wszystkie szpitale sprawiły, że mam skrzela zamiast płuc i może mi się zrobić duszno właśnie wtedy, kiedy już będę mogła oddychać.
Dziś nie potrafię się uczyć. Moje książki piętrzą się bezładnie na nocnym stoliku. Tam obok mam w dzbanku wodę z lodem, którą zmieniają mi trzy razy dziennie. Trzy razy dziennie przychodzą i pytają, jak się czuję, napominają, żebym leżała spokojnie. A ja chodzę od okna do drzwi i od drzwi do okna, przystaję, przytykam twarz do szyby. Za oknem drzewa gubią liście, za oknem wieje wiatr, a mnie jak zwykle brak jest tchu.
Październik
Atrament przewożę w garści ze szpitala do szpitala. Po drodze było zupełnie złoto. Drzewa umierają- inaczej niż ludzie. Drzewa wyglądają tak, jak gdyby cieszyły się własną śmiercią. Wprawdzie potem będzie wiosna i one odkwitną znowu, ale ty wiesz, że nigdy nie można mieć pewności. No i skąd o tym mogą wiedzieć drzewa? Dla nich na pewno każda jesie¨½ jest ostatnia.
Wstyd mi tamtego listu. Nie powinnam cię zarażać smutkiem. Nie wiem, czy potrafię, ale w każdym razie będę się starała robić to jak najrzadziej. Spróbuję pisać mniej o sobie, a więcej o tym wszystkim, co się dzieje naokoło mnie. Śmiesznie, brudno i egzotycznie w tym filadelfijskim szpitalu. Malutkie pokoiki, rozmieszczone symetrycznie po obydwu stronach wąskiego korytarza. Położyli mnie w jednym z nich, na sąsiednim łóżku leży Murzynka. Spod kołdry wystaje ciemne, nagie ramię i kosmyk kędzierzawych włosów. Śpi pewnie, bo nie podniosła głowy, kiedy mnie tu wprowadzono. Tuż nad łóżkiem wisi pokaźnych rozmiarów telewizor, na szczęście wyłączony, drzwi pozostawiono szeroko otwarte na korytarz. Po przeciwnej stronie korytarza drzwi separatki są także otwarte i z mojego posterunku widzę siedzącego na łóżku chłopca. Czyta i nie zauważył, że go obserwuję Włosy ma ciemne, twarz szczupłą i bardzo białą, podkrążone głębokie oczy. Na lewej nodze powyżej kostki czerwienieje mała podłużna blizna. Znam te blizny, widziałam ich wiele w sanatorium Deborah. To od transfuzji. Czyżby mu zrobiono operację serca?
Październik
"Wzięłam spacer od wszystkich okien ku wszystkim oknom" - zauważ moją nieskazitelną angielszczyzną. Wspinałam się na palce, przechylona przez parapet, patrzyłam w dół. Ósme piętro. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się za nisko. Tam nade mną jeszcze szesnaście - prostopadła ściana świateł i wiatru. Komfort, głupio byłoby z ósmego, jeśli można trzy razy osiem. Tabliczka mnożenia też ma swoje
4
kompleksy wyższości. Nie bój się, jest we mnie coś, co sobie mnie ceni, chociaż nie wiem za co. Nie umrę jeszcze, poczekam, poczekamy razem; my umiemy przecież pięknie czekać, na życie, na śmierć, na cokolwiek...
Trzy razy osiem. Byłam tam wczoraj, wjechałam windą, na ostatnie piętro, drzwiami z napisem "przejście wzbronione" przedostałam się na niewielką werandę. Tam w dole migotało wiele czerwonych świateł, wąskimi ulicami przesuwały się samochody zupełnie małe, szli ludzie. W górze był wiatr, przeciągał ponad dachami chłodny, październikowy. Rozrzucił mi włosy, poprzez cienki szlafrok przedostał się do skóry. Stałam, dokąd zęby nie zaczęły mi dygotać z zimna, potem odszukałam windę i zjechałam w dół. Po kilku minutach błądzenia odnalazłam swój korytarz. Na progu separatki usłyszałam przyspieszony, chrapliwy oddech Murzynki. Jej półprzymknięte oczy były matowe, drobne ciemne ręce zaciśnięte w pięści. Mówiła coś, czego nie rozumiałam, ale mówiła tak, jak gdyby to była skarga.
Październik
Murzynka leży pod tlenem. Wielka fioletowoniebieska butla słoi poza jej łóżkiem Gumowe rurki przymocowano plastrem do żelaznej poręczy. Słyszę delikatny syk i czuję, jak pokój wypełnia się ozonem. Oddycham głęboko dziwiąc się, że powietrze tak lekko przechodzi przez moją zaciśniętą krta¨½. Cieniutki syk podobny do brzęku komara okrąża nasz mały pokój. Murzynka nie dusi się już, leży spokojnie na wznak, ze skrzyżowanymi na piersiach ciemnymi rękoma.
Wczoraj odwiedzili ją krewni. Dwóch wspaniałych tłustych Murzynów i dwie Murzynki w jaskrawych sukniach. Obsiedli także i moje łóżko, mówili dużo i hałaśliwie, śmiali się Bernice - wczoraj słyszałam wielokrotnie jej imię - śmiała się razem z nimi. Kiedy odeszli, zdołała mi wytłumaczyć, że to byli jej bracia z żonami i że przyszli oddać krew potrzebną dla niej do transfuzji. W tym szpitalu ciągle brak świeżej krwi i muszą się o nią starać krewni pacjentów. Inaczej - inaczej są trudności ze zrobieniem operacji. Dzięki wspaniałomyślności swych braci Bernice będzie mogła pójść na operację już za kilka dni.
Październik
Ten naprzeciw nazywa się Berni. Spotkaliśmy się dziś rano w drodze do łazienki. Uśmiechnął się wymijając mnie; hallo - powiedział. Nie odpowiedziałam nic, ale na moment przystanęłam i uśmiechnęłam się także. Po śniadaniu przyszedł i stanął w otwartych drzwiach separatki, zapytał, jak się czuję. Dobrze - odpowiedziałam - dobrze i poprzez cienką koszulę dotknęłam pulsującego serca. - Rozumiem - powiedział - masz wadę serca - jego oczy spoważniały na chwilę, a potem znowu zabłysły w ciepłym uśmiechu. - Co jadłaś dzisiaj na śniadanie? - zapytał.
Kiedy usiadł na moim łóżku, podciągnięta nogawka piżamy odsłoniła wąską szramę ponad lewą kostką. Nie mogłam oderwać oczu od tej szramy. Zauważył moją ciekawość i uśmiechając się nieśmiałym, jak gdyby przepraszającym uśmiechem wyjaśnił - transfuzja, miałem transfuzję krwi.
To nie była operacja serca. Tego wieczoru w hallu znajdującym się na samym ko¨½cu korytarza Berni, wertując pracowicie mój słownik, zdołał mi wytłumaczyć, że podejrzewano u niego gruźlicę płuc. Lekarze nie byli pewni diagnozy i dlatego zdecydowali się pobrać wycinek płuca. Rozchylił piżamę - z prawej strony pomiędzy dwoma wystającymi żebrami zobaczyłam trzycentymetrową bliznę, podobną do tej na
5
kostce. Był bardzo chudy, klatkę piersiową miał zapadniętą, skórę białą, nie owłosioną. - Teraz - mówił - przekonali się, że jestem zdrowy. Wracam do domu, do Argentyny. Za pięć dni - i jeszcze raz, pomagając sobie rozstawionymi palcami ręki - za pięć dni, rozumiesz?
Październik
Moją Murzynkę codziennie odwiedza ksiądz, pochyla się nad łóżkiem i łagodnym stłumionym głosem mówi o Bogu, nakazuje jej cierpliwość. Oczywiście nie rozumiem jego budujących kaza¨½, ale z częstotliwości znajomych wyrazów: Bóg i cierpliwość - ten ostatni powtarzają nade mną codziennie - domyślam się sensu wypowiedzi. Ten ksiądz ma śniadą twarz w aureoli gęstych białych włosów, przyjazne ruchliwe oczy. Kiedy po raz pierwszy przystanął nade mną, usiłowałam go zignorować i udawałam, że nie rozumiem nawet najprostszych pyta¨½. Nie zniechęcił się jednak, wyjął mi z rąk brązowy słownik i zaczął go cierpliwie przeszukiwać. W ten sposób dowiedziałam się, że Bóg jest dobry i że należy mu ufać, a kiedy gwałtownie zaprzeczyłam ruchem głowy, ten ksiądz - nie zrażony moim sceptycyzmem - przytrzymał mnie jedną ręką za ramię, a drugą chytrze i szybko pobłogosławił. Zaprzyjaźniamy się pomimo różnych poglądów na naturę Boga.
Październik
Dziś w nocy Włoszka wróciła na Sycylię. Ja nie mam gdzie wrócić. Nie lubię własnego domu, chorowałam tam zbyt długo; nie lubię Krakowa, zbyt trudno obchodzić Rynek, najdłuższa z wszystkich ulic, ulica Kopernika - jest wszędzie. Te szare budynki po obydwu stronach ulicy - to szpitale. Boję się szpitali, mówiłam ci już - jestem tchórzem.
A przecież była taka chwila, w której nie bałam się wcale. Ostra igła o milimetrowej średnicy dotarła do serca, przebiła cienką ścianę. Pociemniało mi w oczach, nagły chłód podpełzł do gardła i upłynęła wieczność, zanim światło powróciło znowu. Zobaczyłam ich nad sobą, skupionych, białych, usłyszałam ciche głosy. Ktoś dotknął mojego policzka, ktoś pogładził mnie po włosach. Byłam dzielna - tak powiedzieli.
To trwało tylko trzydzieści sekund. Ten zabieg nazywają tu wentrykulogramem. Fioletowym płynem ze strzykawki wypełniają komory serca i jednocześnie robią kilkanaście rentgenowskich zdjęć. Wcześnie rano pielęgniarka przyszła i powiedziała, że pojadę na badanie. Nie dostałam śniadania i nie pozwolono mi wstać z łóżka. Leżałam nieruchomo, przykryta kocem pod samą brodę; Berni stał w półotwartych drzwiach. Nie czekaliśmy długo. Wózek zaskrzypiał i spoza pleców Berniego wyłonili się dwaj czarni sanitariusze. Owinęli mnie kocem i położyli na wózku. Berni stał obok, stał z rękoma opuszczonymi w dół, z tym swoim przepraszającym uśmiechem na białej, wychudzonej twarzy.
- Czy mam się bać? - spytałam. Nauczyłam się tego zdania kilkanaście minut temu, kiedy powiedziano mi, że pójdę na badanie, kiedy - jak codziennie - czekałam na niego.
- Nie, skądże.
- Nie boję się.
Wózek, popychany przez sanitariuszy, skrzypiąc potoczył się w dół korytarza.
6
Październik
Stella idzie jutro na operację. Ta dziewczyna jest Polką, to znaczy, dawno temu przywieźli ją z Polski rodzice. Była tak mała, że nie pamięta rodzinnej wsi, a odkąd rodzice umarli, me mówiła po polsku i zapomniała także ojczystego języka. Mieszanina góralsko-angielska, którą porozumiewa się ze mną, na pewno wywołałaby oburzenie językoznawców, dla mnie jest jednak dobrym, zrozumiałym językiem. Lubię siedzieć przy jej łóżku i przyglądać się jej nieskomplikowanej przyszłości. Już niedługo kupią sobie z mężem farmę, jej córka, trzyletnia zaledwie, będzie mogła sko¨½czyć szkołę i pójść na uniwersytet. Stella pokazuje zdjęcia. Pucołowata buzia otoczona jasnymi, prześwietlonymi loczkami. - Musisz ją zobaczyć koniecznie - mówi Stella - przyjedziesz do mnie, prawda, pojedziemy natychmiast po operacji...
To było trzy dni temu. Dzisiaj Stella siedzi na łóżku z podkrążonymi oczyma, a obok siedzi jej mąż. Trzymają się za ręce. - Wejdź na chwilę - prosi Stella - mam nowe kolorowe zdjęcia, musisz je pooglądać. - Dziewczynka w czerwonej sukience stoi na tle białej ściany domu. Oczy ma niebieskie, blond włosy skręcone tuż przy skórze.
- Prawda, że urosła? - mówi Stella.
- Urosła, Stello, i wypiękniała.
Już rano... Stella poszła. Te listy tak zabawnie wędrują w dół poprzez wąski, oszklony spust. Spadają z ósmego piętra i zabijają się na miejscu.
Październik
Stella umiera i wypędzili mnie z jej pokoju. A przecież trzeba, żeby ją ktoś trzymał za rękę. To jest trudna chwila i dobrze wtedy uczepić się czyjejś ciepłej dłoni. Stella - wąskie szparki zamiast oczu. Tak dobrze pamiętam, co to znaczy, tal me chcę, zęby moja przepowiednia spełniła się raz jeszcze. Dlaczego nie pozwolono mi siedzieć przy jej łóżku i trzymać ją za rękę? Może mogłabym ją zatrzymać. Jak myślisz? Czy mogłabym ją zatrzymać? Nie, nie, ja też wiem, że nie - i wiem, że postąpiono słusznie wyrzucając mnie stamtąd. Za kilka dni mam przecież pójść na operację.
Październik
Stella umarła, a w dzie¨½ potem umarła Rosemarie. Po raz pierwszy zwróciłam na nią uwagę, kiedy zobaczyłam, jak mocno, długo całuje się z ciemnym, wysokim chłopcem w korytarzu. Miała zaledwie dziewiętnaście lat, pofalowane włosy, wypukłe usta. Śmiała się, lubiła się śmiać. Kilka razy dziennie wbiegała do mojego pokoju, wskakiwała na łóżko i poważniejąc nagle, mówiła o miłości. Ten chłopiec, który tu już więcej nie przyjdzie, to był jej narzeczony. Za miesiąc mieli wziąć ślub...
Jednak nie będą mnie operować, jeszcze nie teraz. Moje serce zachowywało się ostatnio zbyt hałaśliwie i po dłuższym namyśle odesłano mnie do Deborah. Po zgiełku Hahnemann Hospital sanatorium wydaje się dziwnie spokojne. Słychać tylko wiatr, pozrzucał wszystkie liście i jabłonie przed werandą stoją brązowe, nagie. Krążę po korytarzach, dokąd zawroty głowy nie zbiją mnie z nóg. Dostaję dwa razy dziennie silne proszki nasenne.
Sanatorium prawie puste. Oprócz mnie jest tylko stary Litwin, Czeszka i Żydówka z Izraela z dziewięcioletnim synkiem. Przeważnie spędzam czas w towarzystwie Czeszki. Porozumiewamy się trochę po polsku, trochę po angielsku i - po czesku. Z tego ostatniego nie rozumiem ani słowa i podejrzewam, że czeski mojej nowej znajomej jest równie zniekształcony jak polski Stelli. Czeszka podobnie jak i Stella przyjechała tutaj
7
wiele lat temu i nie pamięta już rodzinnego kraju, jej krajem jest Ameryka; małe przemysłowe miasto w stanie New Jersey, w którym mieszka jej mąż, córki i zięciowie. Ona także uśmiecha się układając na kołdrze kolorowe zdjęcia. Jest tak wycieńczona, że z trudem jedynie rozpoznaję ją na fotografiach. W ciągu kilku miesięcy choroba poczyniła ogromne spustoszenie. Zapadły się okrągłe policzki, nos wyostrzył się, powieki nabrzmiały, skóra przybrała sinożółty odcie¨½ i tylko jej gęste, , równo przycięte nad czołem włosy pozostały tak samo intensywnie rude. I ona także z wielką czułością patrzy na zdjęcia swoich córek - dwóch raczej tęgich dziewczyn, stojących w kąpielowych kostiumach na tle oceanu.
Żydówka i mały mówią tylko po hebrajsku. Nie rozumiem nia, ale z przyjemnością słucham ich rozmów. To piękny język o głębokim, gardłowym brzmieniu. Wskazuję różne przedmioty i proszę, żeby je dla mnie nazywali; w ten sposób zdobywam ich życzliwość i uśmiechają się do mnie przyjaźnie, ilekroć spotykamy się w korytarzu. Mały nosi zawsze śmieszną, okrągłą czapeczkę, spod której wystają dwa dłuższe pasma włosów zawinięte na uszy. Poza tym jest taki sam jak inne dzieci, biega i łobuzuje nie zwracając uwagi na swoje chore serce.
Litwin jest odludkiem, siedzi samotnie poza szczelnie zamkniętymi drzwiami i czyta prawdopodobnie. Podczas mojego pierwszego pobytu pielęgniarka wywoziła go czasem w krześle i ustawiała w cieniu pod jabłonią. Na jego owiniętych kocem kolanach leżała zwykle jakaś książka. Odkąd dni są pochmurne, nie pokazuje się zupełnie.
I to już wszystko, i jeszcze tylko ja i mój niepokój, i noc.
Październik
Lekarz Białorusin mówi po polsku. Kiedy dowiedział się, że tu jestem, przyszedł mnie odwiedzić, przyniósł wiązkę ciemnych winogron i trzy złotożółte banany. Co za ulga mieć go naprzeciw siebie i mówić, nareszcie mówić. Opowiadam mu o moim lęku, o bezsennych nocach w Hahnemann, o tych wszystkich, którzy zniknęli poza kwadratowymi drzwiami pokoju operacyjnego, żeby już nigdy i nigdzie nie powrócić. Mówię o Włoszce, o Stelli, o Rosemarie, o Bernim, który na dzie¨½ przed moim wyjazdem spakował małą żółtą walizkę, jeszcze raz uśmiechnął się nieśmiało z głębi korytarza - nie chciałam go odprowadzić do windy - odszedł. Pojechał do domu, do Argentyny, on jeden zdrowy... Lekarz Białorusin powoli podnosi oczy sponad splecionych rak. Prosi, żebym mu opowiedziała więcej o Bernim. Opisuję białą, chudą twarz, zapadniętą klatkę piersiową, naznaczoną z prawej strony wąską trzycentymetrową blizną.
- Bertrand leżał tutaj na oddziale płucnym - mówi lekarz - podejrzewałem raka płuc. Wysłaliśmy go na badanie do Filadelfii, potwierdzono tam moją diagnozę. Rak rozsiany, nie można zrobić nic. Będzie żył najwyżej kilka miesięcy.
Czyżbym żałowała, że nie odprowadziłam go do windy, że odwróciłam twarz do okna wtedy, gdy w hallu na ko¨½cu korytarza dotknął lekko moich włosów?
Październik
Rozpieszczają mnie. Lekarz Białorusin przynosi codziennie kiście fioletowych winogron, długie godziny spędza przy moim łóżku. Opowiedział o mnie jakiejś nauczycielce polskiego pochodzenia i ona także przyszła mnie odwiedzić. Odwiedziny były wspaniałe, dostałam mnóstwo prezentów i jak w opowieściach o wróżce zapytano, czego sobie życzę najbardziej. Zapragnęłam fryzjera. Okazało się, że mąż
8
nauczycielki jest najprawdziwszym fryzjerem i nazajutrz sprowadziła mi go z całym arsenałem przyrządów. Przestraszyłam się nieco patrząc na maszynki, brzytwy i nożyce, które mąż tej pani, gruby, energiczny Niemiec, wyjmował ze skórzanego nesesera i układał na nocnym stoliku obok łóżka. Na ko¨½cu wyjął ogromne białe prześcieradło i zawiązał mi je pod brodą. Tylko trochę przyciąć - prosiłam, ale on nie zwracał uwagi na moją pantomimę ani na słowa swej małżonki. Ochoczo zabrał się do dzieła. Zanim zdążyłam zaprotestować, trzy długie pasma włosów leżały na podłodze. Teraz trzeba było zrobić to samo z drugiej strony. Potem wyrównanie, przycinanie, wycinanie. Kiedy wydostałam się z rąk tego fryzjera, na podłodze leżała cała moja czupryna, a ja miałam na głowie coś śmiesznie kusego. Wyswobodzona z prześcieradła, pobiegłam do lustra. Fryzjer stał poza mną, tak zadowolony ze swej pracy, że grymas przerażenia na mojej twarzy zmienił się z wolna w uśmiech.
Październik, sam koniec
Ładnie mi z krótkimi włosami, ładnie mi z bladą twarzą. Ładnie mi we wszystkich różowych i delikatnych koronkach, w które mnie ubrano. Stoję przed lustrem i patrzę. Tak pobrzękuje próżność, słyszysz, jak brzęczy? Jak bransoletki na cienkich przegubach Hindusek, jak złote kolczyki w czarnych uszach Glowine. Taka jestem najprawdziwiej, gdy stoję przed tym lustrem przez następne pół godziny. Gdy po kolei oglądam sobie palce, każdy osobno zginam. One są żywe, wiesz, i takie ciepłe. I pewnie umieją coś i myślą... Jak jest potem? Łokieć oglądam i przykładam policzek do ramienia. Pachnie... teraz mam dużo pachnideł i ciągle mi znoszą jeszcze. Więc jak jest potem?
W poniedziałek, to jest dokładnie za trzy dni, zabiorą mnie znowu do szpitala w Filadelfii. Tym razem to już na pewno.
Są takie noce, przyjacielu, kiedy świat się ko¨½czy. Świat odchodzi i zostawia nas z rozszerzonymi źrenicami i bezradnie opuszczonymi rękoma. Najpierw to jest świadomość konieczności nieodwołalnie matematycznej, świadomość, że jutro nie będzie już świata. A jaki jest w tej chwili tylekroć i na nowo przeczuwanej, w tej chwili rosnącej w nas, dojrzewającej, w samym ko¨½cu tej chwili? Wtedy, gdy świat jednocześnie jest i nie jest, gdy jeszcze oddechem, ruchem staramy się zatrzymać to, co bezpowrotnie w nas mija?
A noc, przyjacielu, jaka ciemna jest wtedy noc! I jak nagle na jej nieprzeniknionym tle zaczyna się dziać życie! To jest sło¨½ce bardzo ostre, prostopadle padające na ziemię, poranki w sło¨½cu i łagodne letnie wieczory. Przychodzą kałuże pozostałe po ciepłym deszczu, stopy zanurzone w wodzie do kostek, kostki stóp. I przybliżają się do oczu fragmenty ziemi, która się przesuwa, kołysze, odkrywa swą sypką konstrukcję, pozwala się kruszyć na części. Przychodzą południa, kiedy sło¨½ce staje nieruchomo w najwyższym punkcie nieba, kiedy cienie są krótkie i ostro obrysowane, a każdy pył zawieszony w przestrzeni osobno ważny, prześwietlony światłem skradzionym sło¨½cu.
To wszystko kryje w sobie noc, a potem jest świt i przygotowania są sko¨½czone.
Czy wiesz, o czym m¨®wię? Mówię o tamtej chwili, kiedy leżałam na szpitalnym łóżku tak czysta, tak antyseptyczna, że już nie byłam sobą, moje wyjałowione ciało nie było mną. To był obcy zapach chloroformu i gazy. Podnosiłam ręce do twarzy usiłując rozpoznać w nich te tylekroć użyteczne i tylekroć spełniające posłusznie wszystkie moje życzenia. Te ręce także pachniały chloroformem. Ułożyłam je na kołdrze, zęby odpoczęły. Wiedziałam, że będą mi jeszcze potrzebne do pożegnalnych gestów, do
9
zażegnania nadciągającego strachu. Zacisnę je mocno i ból emanujący ze zduszonych tkanek pozwoli mi zapomnieć o tym, że świat umiera.
Tak leżałam, przyjacielu, w tej nocy gęstej od oddechów, uwięziona w białym kokonie gazy i antyseptycznego zapachu. Wtedy już nie myślałam o tobie, nie wybierałam słów dla kolorów, nie starałam się pamiętać o niczym. To było inaczej, niż kiedy szłam z tobą w deszczu, kiedy po przechadzce siedziałeś w fotelu naprzeciw mojego łóżka. Wszystko, o czym kiedykolwiek próbowałam ci opowiedzieć, stało teraz przede mną zarysowane ostro na tle nierównej w półmroku ściany. Śledziłam w napięciu te chwile wynurzające się z cienia, odchodzące pospiesznie, zanim zdążyłam je rozpoznać. Przychodziły inne... O świcie odeszły wszystkie zostawiając mnie doskonale cichą i przygotowaną zupełnie - na sen, na śmierć? Niebo poszarzało i światła neonów pobladły. Pojaśniała szpara między nie domkniętymi drzwiami. Jeszcze jedna chwila, jedna z tych długich chwil, i nadszedł dzie¨½.
Nigdy ci nie pisałam o tym, bo w tę noc miałam przeguby dłoni owinięte gazą i nie mogłam pisać, a w kilkanaście dni potem porwała mnie teraźniejszość i nie pamiętałam już tamtej nocy. W kilkanaście dni potem bardzo odważnie zaczęłam żyć i wszystkie przedoperacyjne dni zbiegły się w jedno nie najważniejsze wspomnienie, o którym zwykłam mówić "tamten okres".
II.
Siedzisz w głębokim fotelu naprzeciw mojego łóżka. Widzimy się zaledwie po raz trzeci, a mnei się zdaje, że upłynęły już całe lata. Znam na pamięć twoją twarz, lekko uniesioną do góry, nieruchomą poza ciemnymi okularami. Zawsze ten sam ironiczny grymas wydyma ci wargi, nie muszę patrzeć na ciebie, żeby wiedzieć o nim, żeby mieć się na baczności. Twój przeciągający wyrazy głos...
- Nie lubię chodzić do kina.
Pamiętasz? Powiedziałeś to i wtedy po raz pierwszy podniosłam szybko oczy na twoją twarz, zauważyłam. Chcąc naprawić moją niezręczność powiedziałam - ja także nie lubię chodzić do kina i poprosiłam, żebyś mnie odprowadził do domu. Zgodziłeś się. Trzymałam mocno twoje ramię, kiedy szliśmy śliską, pełną zamarzniętych grud śniegu ulicą.
Bałam się tego wieczoru. Chodzenie sprawiało mi trudność, a najdrobniejsze nawet podniecenie wywoływało przykre duszności. Kiedy dostałam zaproszenie - wąski skrawek papieru z niechlujnym nadrukiem - wzruszyłam ramionami, po chwili jednak zaczęłam się wahać. Od kilku miesięcy już siedziałam w domu, w łóżku przeważnie, nie widując nikogo oprócz rodziny. Moje wiersze także chyba nie były najgorsze, kto wie, może zechcą je wydrukować, jeśli zaniosę je sama. Postanowiłam pójść na ten wieczór powiatowej poezji w powiatowym mieście.
Odbywało się to w redakcji codziennej gazety. Zapłaciłam taksówkę i przez chwilę stałam na ulicy. Czarna tabliczka tkwiła obok odrapanych drzwi, którymi się nikt, zdawało się, nie interesował; chyłkiem, pospiesznie wsunęłam się do środka. W przestronnym korytarzu było równie brudno i szaro jak na zewnątrz, przyglądałam się bezradnie szeregowi zamkniętych drzwi. Jedne z nich otworzyły się gwałtownie i ukazała się w nich brodata twarz młodego mężczyzny, który spostrzegłszy mnie wrzasnął - przyszła - po czym korytarz, zapełnił się podobnymi do niego młodymi ludźmi.
10
Było ich ośmiu czy dziewięciu. Zaprowadzili mnie do małego, czarnego od dymu pokoju, posadzili na najbardziej wyeksponowanym miejscu, poprosili, żebym czytała. Ręce mi drżały, kiedy wyjmowałam z torebki zapisane atramentem kartki, oddychałam z trudem. Czułam na sobie ich badawczy, taksujący wzrok, oglądali moje włosy, twarz, nogi, oglądali mnie całą, nie zwracając większej uwagi na treść moich słów, na drżenie głosu. Nie zauważyłam cię jeszcze wtedy. Absorbował mnie całkowicie popłoch mojego serca; biło nierówno, donośnie, nieomal słyszalnie. Żeby tylko nie spostrzegli - modliłam się - żebym tylko mogła sko¨½czyć, zanim zrobi mi się duszno. Nie spostrzegli niczego. Ledwie sko¨½czyłam, zaczęli hałaśliwie wybierać się do kina zapraszając i mnie, a kiedy odmówiłam, kiedy odmówiliśmy oboje, podeszłam do ciebie i zapytałam: - Dlaczego nie chce pan iść do kina? - Nie lubię chodzić do kina.
Czarne okulary zasłaniały ci oczy. Nagle zrozumiałam. Było mi duszno, kiedy szłam z tobą potykając się o grudy śniegu. Pod lewą łopatką czułam znajomy, piekący ból, nie mogłam odpowiadać na twoje pytania. Kiedy nareszcie przyszliśmy do domu, matka, słysząc mój przyspieszony, świszczący oddech, zawołała: - Zmęczyłaś się jednak, wiedziałam, że się zmęczysz, natychmiast połóż się do łóżka!
- To mój przyjaciel - powiedziałam - położę się w tej chwili, nie musisz go zabierać z pokoju.
Stałeś nieruchomo nasłuchując szelestu ściąganej przeze mnie bielizny, a kiedy już leżałam w łóżku, oparta o wysokie poduszki, i mój świszczący oddech uspokajał się z wolna - ty, siedząc naprzeciw w głębokim fotelu, łagodnym głosem, przeciągającym wyrazy, powtórzyłeś swoje pytanie.
W trzydziestym dziewiątym roku we wrześniu uciekałyśmy z matką przed inwazją niemiecką. Pojechałyśmy na wieś do rodziny, a kiedy front zaczął się niebezpiecznie zbliżać, wyprawiłyśmy się drabiniastym, wiejskim wozem na wschód. Wóz zaprzężony w krowę i jednego chudego konia nie poruszał się tak szybko jak zmotoryzowana armia niemiecka, toteż w ciągu kilku godzin znaleźliśmy się w samym środku działa¨½ wojennych. Coraz częściej złowróżbny warkot wyrastał nad naszymi głowami. Wyskakiwaliśmy z wozu i rozsypywaliśmy się po lesie. Matka nosiła ze sobą zielony wełniak. Kiedy samoloty ukazywały się nad lasem, kładła się obok mnie na trawie i przykrywała nas zielonym suknem. O ile tylko mogłam, wychylałam głowę i patrzyłam w las. Pociski raniły drzewa, gałęzie z szelestem osypywały się z drzew. Matka przyciskała mnie mocno do ziemi, owijała mi głowę wełniakiem. Pozwalała mi wstać dopiero wtedy, kiedy odgłos silników cichł zupełnie. Biegłam i podnosiłam z ziemi obcięte gałęzie. Te gałęzie, które zbierałam tak łapczywie, które przyciskał Te gałęzie, które zbierałam tak łapczywie, które przyciskałam do piersi i wlokłam za sobą, to byli moi pierwsi zabici.
W kilka lat później widziałam pozbawionych życia ludzi. W czterdziestym piątym roku żołnierze radzieccy walczyli na ulicach naszego miasta. Ofensywa przyszła nagle, zastała mnie wśród najlepszej zabawy i od razu napełniła przerażeniem. Nie czytałam gazet, nie słuchałam rozmów dorosłych i nie wiedziałam o tym, że za kilka dni, może za kilka godzin, przyjdzie mi oglądać prawdziwą bitwę. Bitwy, które oglądałam dotychczas, w których brałam najżywszy udział, to były te toczone na podwórzu pomiędzy dwiema gromadami dzieci, podzielonymi na wrogie obozy. Byłam komendantem drużyny niemieckiej, tak zrządził los, bo losowaliśmy, kto z nas miał wejść w skład wrogiej drużyny. Nikt nie chciał się na to zgodzić dobrowolnie. Byłam bardzo dzielnym komendantem - miałam armię liczebnie słabszą i gorzej uzbrojoną - musiałam osobiście pilnować ataku, zachęcać żołnierzy do walki, przestrzegać przed zbyt wczesnym poddaniem, co w sposób oczywisty psułoby zabawę, jakkolwiek wszystkie nasze serca napełniłoby ogromną radością. Czego nie zrobilibyśmy, aby tylko Polacy zwyciężyli! Raz pamiętam - wywiadowca drużyny polskiej zaszedł mnie od tyłu i kiedy obejrzałam się, rzucił we mnie kamieniem. Nagły unik głowy uchronił mnie przed utratą oka, ale nie zdołałam uniknąć ciosu. Kamie¨½ trafił mnie tuż pod okiem i krew podpłynęła pod skórę zabarwiając sino policzek. Nie rozpłakałam się wtedy, pomimo dotkliwego bólu, i zbagatelizowałam całe zdarzenie odpowiadając zdawkowo - przewróciłam się - na niespokojne indagacje matki.
Te walki toczone codziennie nie nauczyły mnie jednak niczego i z wielkim zdziwieniem patrzyłam, jak nagle pustoszeje ulica. Ludzie rozpierzchli się w ciągu paru sekund, ojciec pociągnął mnie za sobą, wbiegł do mieszkania i zabarykadował okna. Dudnienie armat, które nie dochodziło do mnie początkowo, nasiliło się, słychać było całkiem blisko pojedyncze strzały. Po krótkiej naradzie rodzice zdecydowali się zejść do piwnicy i matka sprowadziła mnie tam krętymi schodami. Usiadłam obok niej na połupanych kłodach drzewa i nasłuchiwałam odgłosów dział.
Walki trwały trzy dni. W ciągu tych trzech dni nie chciałam się położyć, nie pozwoliłam zdjąć z siebie ciepłego płaszcza. Siedziałam podrzemując, z głową wtuloną w kolana matki. Czwartego dnia rano przyszedł ojciec z wiadomością, że Niemców już nie ma, i wyprowadził nas na ulicę. Wtedy zobaczyłam ich po raz pierwszy. Leżeli z ramionami rozrzuconymi, z podkurczonymi nogami. Wydawali się dziwnie mali. Ściskałam mocno rękę ojca, wbijałam w nią paznokcie. W płytkich rowach na rynku leżały ich całe stosy, mundury mieli pokrwawione, porozdzierane, oczy szkliste. Puściłam rękę ojca i biegiem uciekłam do domu.
W dzie¨½ p¨®źniej dostałam wysokiej gorączki. Sąsiad lekarz orzekł, że to niebezpieczna angina, i kazał mi leżeć w łóżku. Dni pełne nowości, pełne podnieconych głosów i obcych zapachów. Żołnierze radzieccy stacjonujący w naszym domu - czuć ich było tytoniem i potem, mówili niezrozumiałym językiem. Wszystko to docierało do mnie poprzez cienką ścianę, poprzez opowiadania matki. Leżałam w łóżku. Lekarz stwierdził, że angina przerodziła się w zapalenie stawów, i zabronił mi chodzić. Codziennie matka smarowała mi żółtą maścią bolące przeguby rąk, łokcie, kostki i kolana, zawijała je bandażami. Kiedy zapalenie nasiliło się, zawijała także moje dłonie. Leżałam na tapczanie w rogu pokoju nasłuchując odgłosów dobiegających spoza zamkniętych drzwi. Tam mieszkali żołnierze. Najchętniej poszłabym przyjrzeć im się z bliska, ale ból w stawach uniemożliwiał najlżejsze poruszenie. Leżałam więc nieruchomo, usiłując oszukać ból, i czekałam na matkę.
Przychodziła, siadała przy łóżku i czytała mi książki. Słuchałam i z jej słów budowałam obrazy tak żywe, że nieomal rzeczywiste. Byłam wszędzie: w stepach zachodniej Ameryki, brałam udział w ekspedycji afryka¨½skiej, płynęłam przez wzburzony ocean... Matka przerywała czytanie, żeby mi podać lekarstwa. Wypijałam szybko gorzkie krople, połykałam proszki, byle tylko nie przerywała czytania. W ten sposób upłynęło nam sześć miesięcy. Kiedy sło¨½ce coraz częściej zaczęło zaglądać w okna pokoju, niecierpliwiłam się i prosiłam matkę, żeby mi pozwoliła wstać. Była jednak nieprzebłagana. Na moje prośby odpowiadała, że mam chore serce i że nie wolno mi chodzić. W ko¨½cu czerwca sprowadziła kilku lekarzy. Badali mnie kolejno, a potem zasiedli przy stole i zaczęli wymieniać niezrozumiałe łaci¨½skie terminy. Słuchałam w napięciu usiłując odgadnąć decyzję z tonu ich głosów. Bałam się, że nie pozwolą mi wstać. Pożegnali się i wyszli, a za chwilę do pokoju weszła matka i pochylając nade mną rozjaśnione oczy powiedziała, że wolno mi podnieść się z łóżka. Moja radość była tak ogromna, że postanowiłam natychmiast skorzystać z pozwolenia. Zerwałam się na nogi, krzyknęłam z bólu i upadłam na podłogę. Nie umiałam chodzić. Podczas miesięcy leżenia stawy utraciły dawną elastyczność, nie chciały się zginać i nie mogły utrzymać ciężaru ciała. Dopiero przy pomocy matki, prawie unoszona przez nią nad podłogą, zdołałam uczynić kilka kroków. Ta pierwsza próba wyczerpała mnie tak bardzo, że bez protestu wróciłam do łóżka. Nie płakałam, ale patrząc na moją napiętą bólem twarz matka odgadła, że jestem w rozpaczy. Usiadła obok i zaczęła mi tłumaczyć, że osłabienie na pewno wkrótce minie, że powinnam być cierpliwa.
W ciągu kilku dni nauczyłam się chodzić, po miesiącu mogłam już biegać i w jesieni po raz pierwszy w życiu poszłam do szkoły.
To wszystko opowiedziałam ci pierwszego dnia, kiedy spytałeś, dlaczego nie mogę swobodnie oddychać. Nie wiedziałam wtedy, że twoje pytanie było podstępem. Nie chodziło ci o genezę mojej choroby. Chciałeś wiedzieć coś znacznie ważniejszego; chciałeś wiedzieć, w jaki sposób urodził się mój upór, moja miłość, mój ból. W zadymionym pokoju, pełnym obcych, natrętnie przyglądających mi się mężczyzn, ty jeden słuchałeś moich słów. Usłyszałeś drżenie mojego głosu i odgadłeś, że pod słowami kryje się rozpacz i bunt. Kiedy późnym wieczorem matka weszła do pokoju i wstałeś, żeby się ze mną pożegnać, zapytałam - czy przyjdziesz jutro? Skinąłeś głową i już na progu, dotykając delikatnie palcami otwartych drzwi, odwróciłeś ku mnie nieruchomą twarz i powiedziałeś wolno: - Jutro zobaczymy się znowu.
Zapalenie wsierdzia, jak nazywano moją chorobę, powróciło w jesieni wraz z nowym przeziębieniem. Już w październiku leżałam w łóżku z owiniętym gardłem i kiedy gorączka narastała, czułam, że moje serce żyje własnym, osobnym życiem. Trzepotało, jak gdyby chciało się wyrwać z uwięzi żeber, unosiło kołdrę i dawało o sobie znać ostrym bólem przy każdym głębszym oddechu. Jego gwałtowny rytm uspokajał się tylko pod zimnymi okładami. Prosiłam matkę, aby często zmieniała lód w termoforze, aby mi nie zdejmowała w ogóle termoforu z piersi. Leżałam spokojnie na wznak bawiąc się drewnianymi figurkami szachowymi. Najchętniej czytałabym, ale matka mówiła, że czytając w gorączce psuję sobie oczy. Czytałam więc tylko wtedy, kiedy wiedziałam, że jej nie ma w domu, a gdy znajome lekkie kroki rozbrzmiewały w przyległym pokoju, chowałam książkę głęboko pod poduszkę i znowu brałam do rąk zgrabnie wycięte figurki szachowe. Początkowo oglądałam je tylko, ale już wkrótce ich kształty zaabsorbowały moją wyobraźnię i układałam bajki, w których odtwarzały przynależne im z racji nazw role. Tak przeleżałam kilka miesięcy, nim nasz domowy lekarz, zniechęcony brakiem jakiejkolwiek poprawy w moim zdrowiu, zdecydował, że należy mnie zawieźć do szpitala.
Do Krakowa odwieźli mnie rodzice. Byłam zbyt słaba, abym mogła obejrzeć miasto, wyprosiłam jednak, żebyśmy do szpitala pojechali okrężną drogą poprzez Rynek i wąskie uliczki śródmieścia. Przejechaliśmy obok Wawelu, wychylona z auta, zdołałam zobaczyć fragment czerwonych murów i wierzchołki zielonych wież; w drodze powrotnej nasza taksówka okrążyła Sukiennice, po czym już szybciej skierowała się ku ulicy, z która miałam zawrzeć w tym mieście długoletnią, intymną znajomość - ku ulicy Kopernika. Okno sali szpitalnej wychodziło na kościół Jezuitów, z łóżka widziałam fragment wieży z kamienną, ukrzyżowaną figurą Chrystusa, zarosła do połowy dzikim winem. Na pozostałych czterech łóżkach leżały blade, wychudzone kobiety, których wieku nie mogłam na pierwszy rzut oka rozpoznać. Obok jednej z nich siedziała moja matka i mówiła coś swoim dźwięcznym, ciepłym głosem. Kobieta wpatrywała się w jej twarz głęboko osadzonymi, ciemnymi oczyma; wąskie, żółte palce w geście pełnym udręki przywierały do rąk mojej matki. Ton głosu matki zintensywniał na krótką chwilę, nabrał głębszych, niższych odcieni i chociaż słowa nie docierały do mnie, odgadłam, że matka mówi o życiu i o zdrowiu. Patrzyłam na jej pochylony profil i słuchając jej głosu czułam się nieomal bezpiecznie.
A jednak już wtedy wiedziałam wszystko o śmierci. Pamiętałam umarłych żołnierzy i myśl, że mogę leżeć równie nieruchoma, równie bezwładna jak oni, przejmowała mnie lękiem. Przyciskałam ręką bijące głośno serce i oczyma badałam twarz matki. Uśmiechała się, uśmiechały się jej oczy i usta i jej słowa niosły ciepłą pewność, że życiu mojemu nie zagraża najmniejsze nawet niebezpiecze¨½stwo. Mnie nie dotyczyła możliwość tak okrutnie narzucająca się w tym białym pokoju pełnym udręczonych spojrze¨½, nieartykułowanych szeptów, ja jedna - dzięki obecności mojej matki - wydawałam się sobie nieśmiertelna.
Po tygodniowym okresie bada¨½ lekarze zdecydowali, że należy mnie pozbawić opuchniętych, zwyrodniałych migdałów. Operacja sama przez się nie należała do skomplikowanych, ale moje serce było w stanie zapalnym i organizm, jakkolwiek młody, wyczerpany był chorobą. Poszłyśmy - jak zwykle razem - pod drzwi gabinetu chirurga: matka i ja. Stanęłam zdecydowanie w progu, przywarłam rękoma do framugi i zażądałam, żeby matce pozwolono wejść ze mną. Musiała tam być, musiała stać naprzeciw mnie. To było ważne. Jej oczy kryły tajemny kod, którego każdy znak umacniał we mnie poczucie bezpiecze¨½stwa. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, nie podejrzewałam nawet, że matka potrafi kłamać oczyma. Patrzyłam na nią także wtedy, kiedy lekarz przechylił mi głowę i zanurzył w gardle ostre narzędzia. Oddychałam z trudem, dławiłam się śliną, nie przestawałam jednak wpatrywać się w jej oczy. Widziałam, jak w skupieniu śledziła poruszenia szybkich rąk lekarza, i widziałam - gdy podnosząc oczy napotykała moje badawcze spojrzenie - jak jej wargi układały się w lekki, konspiracyjny uśmiech. Uśmiechała się, kiedy po sko¨½czonym zabiegu lekarz odprowadził nas do drzwi gabinetu i gdy już z powrotem leżałam na szpitalnym łóżku z niejasnym uczuciem mdłości i dławienia w gardle - usiadła obok mnie i kładła palec na ustach gestem nakazującym absolutny spokój, ilekroć niespokojnie poruszałam głową.
Po dwóch godzinach dostałam silnego krwotoku. Ciemna krew bluzgała mi z gardła, osłabłam zupełnie. Zabrano mnie na opatrunek i tym razem nie wpuszczono ze mną matki. Wiedziałam jednak, że czeka tuż pod drzwiami i że szepcze słowa otuchy przeznaczone dla mnie. Tłumiłam jęki wydzierające mi się z poranionej krtani, starałam się zwalczyć bezwładność, która miękką, ciepłą falą zalewała oczy i usta. Kiedy znowu znalazłam się w łóżku, byłam tak słaba, że nie mogłam unieść rąk. Drapałam delikatnie kołdrę prosząc matkę, żeby podeszła do mnie. Na jej pytanie, czy czegoś potrzebuję, przeczyłam ledwie dostrzegalnym ruchem głowy. Nie chciałam nic, musiałam jednak widzieć jej oczy, musiałam patrzeć na jej twarz. Nie płakała, pochylała nade mną zupełnie suche oczy i drżące kąciki jej ust unosiły się w leciutkim uśmiechu. Pamiętasz jej drobną postać, przyjacielu? Jej jasny głos i ciepły dotyk ręki? Odgadłeś od razu, że jest częścią mnie. Była zawsze, odkąd ja byłam, i zawsze była ze mną. To dzięki niej miałam odwagę walczyć z bezsilnością własnego ciała, z koszmarem białych, nie ko¨½czących się dni, z niepokojem chwytających za gardło szpitalnych nocy. Przekazała mi swoją wspaniałą zaciętość, oddała mi całą swoją miłość i wszystkie pragnienia. Wiem, że ją podziwiasz, lękam się jednak, że twój podziw dla niej nie jest szczery. Podziwiasz w niej moje odbicie, a tymczasem to ja jestem jej niedoskonałą kopią, a ona jest pierwowzorem. Ale moje policzki są świeższe, moje włosy prężniejsze i moje słowa przeznaczone są dla ciebie, podczas gdy wszystkie jej słowa przeznaczone są dla mnie. I na cóż zda się ta apoteoza! Pobłogosław moja nieszczerość, przyjacielu, moją dziką, nieokiełznaną aprobatę twoich uczuć. Tak, to ja powinnam wypełnić twoje myśli bez reszty, tylko ja!
Nie pamiętam dokładnie, jak długo leżałam ani w jaki sposób spędzałam czas podczas miesięcy upartej choroby. Matka mówi, że czytałam książki, wertowałam podręczniki szkolne, uczyłam się na pamięć wierszy i próbowałam pisać własne. Niedościgłym wzorem był Mickiewicz i Słowacki. Pisałam wiersze rymowane trzynasto- i jedenastozgłoskowe, próbowałam także pisać sonety, a kiedy zdawało mi się, że posiadłam tę sztukę, dobierałam rymów potrójnych i budowałam oktawy. Miałam pełną głowę rymów i mogłam napisać rymowany wiersz na każdy temat. Te zajęcia jednak nie miały dla mnie większego znaczenia. Ważny był tylko świat za oknem, ulica, po której można biec do utraty tchu, sło¨½ce zaglądające każdego rana na parapet okienny, wiatr rozrzucający garście znowu pożółkłych liści. Kiedy nareszcie będę mogła wstać, kiedy będę mogła wyjść do ogrodu? Matka gniewała się, zastając mnie stojącą w koszuli przy oknie, a gdy w moich oczach ukazywały się łzy zniecierpliwienia, przytulała do siebie i zapewniała kojąco - jeszcze tylko kilka tygodni, na pewno będziesz dość silna, aby wstać z łóżka w przyszłym miesiącu.
Odkąd wróciłam ze szpitala, codziennie przychodził nasz domowy lekarz, trzymał przez chwilę przegub mojej ręki, przykładał słuchawkę do serca, wymieniał z matką kilka zda¨½ na temat odżywienia lub lektury, odchodził... Śledziłam w napięciu jego pochyloną nade mną twarz, starałam się odgadnąć myśli. Czy pozwoli mi wstać? Czy tym razem moje serce bije spokojniej? Musiało się uspokoić, bo po jednej ze zwykłych wizyt lekarz uśmiechnął się, napotykając mój pytający wzrok, skinął głową. - Tak, będziesz mogła wstać, ale powoli... Nie wolno ci biegać i nie wolno jeździć na rowerze, nie wolno ci się męczyć...
Wstałam. Przez kilka dni snułam się po pokoju, niecierpliwie podbiegając do okna. Matka wreszcie pozwoliła mi wyjść do ogrodu. Późne jesienne sło¨½ce świeciło intensywnie, sterty opadłych liści szeleściły pod nocami, pachniały mocno. Nie pamiętałam o przestrogach lekarza, nie umiałam o nich pamiętać. Po kilku tygodniach, w ciągu których tylko przyspieszony rytm serca przypominał mi o niedawno przebytej chorobie, po kilku tygodniach sło¨½ca i ziemi uciekającej spod nóg znalazłam się znowu w łóżku, a potem także w szpitalu.
Choroba stała się moją dobrą znajomą. Już mnie niczym nie mogła zaskoczyć. Znałam na pamięć wszystkie jej objawy, odróżniałam gatunki bólu i duszności, wiedziałam też, jak im przeciwdziałać. W taktykę obronną wyposażyła mnie przyroda. Nieruchomiałam, kiedy nadchodziło niebezpiecze¨½stwo, leżałam zupełnie cicho. Tak nieruchomieją na ręce człowieka owady obdarzone kolorem ochronnym. Leżałam i pozwalałam matce wlewać we mnie krople i czynić te wszystkie zabiegi, które w swej troskliwości przepisywali mi lekarze.
Piąty dzie¨½. Przyprowadził cię, jak zwykle, twój wysoki ciemnowłosy kolega. Razem tworzycie dziwną parę. Przy nim wydajesz się niski, twoje włosy pomimo dwudziestu lat są białe, a twarz - twoja twarz nie ma żadnego wieku. Podobna jest do twarzy utrwalonych w kamieniu, tak zastygła, tak wiecznie jednakowa w wyrazie. Twój uśmiech też się nie zmienia i czasem - rzadko - nie jestem pewna, czy nie drwisz ze mnie uniesionymi kącikami warg.
Twój ciemnowłosy kolega budzi we mnie inny niepokój. Jemu podobam się po prostu, chcę mu się podobać. Gdy na dzie¨½ dobry pokazuje w uśmiechu ostre, białe zęby i ciemne oczy błyskają mu spod długich rzęs, czuję napięcie w całym, ukrytym pod kołdry ciele. Policzki pieką mnie niezdrowo i dłonie wilgotnieją. Chowam ręce pod kołdrę i zaciskam je w pięści. Twój kolega patrzy na mnie badawczo wzrokiem, który nazwalibyśmy wspólnie - konsumpcyjnym. W ten sam sposób patrzy na upieczoną przez matkę szarlotkę, z wilczym apetytem pochłania niezliczoną ilość pachnących, ocukrzonych kwadratów, wypija kawę i żegnając się pospiesznie - wychodzi. Milczę, kiedy przekonywająco zapewnia o czekających na niego dziennikarskich obowiązkach, nie mówię nic, ale jestem zawiedziona i zła. Chciałabym go zatrzymać, chciałabym móc go zatrzymać! A jednak z ulgą patrzę na drzwi już za nim zamknięte, wyjmuję spod kołdry spocone ręce, sadowię się wygodnie i po krótkiej chwili mój głos odzyskuje naturalną barwę. Przysuwasz fotel w pobliże mojego łóżka, milczysz chwilę czekając, aż rozdrażnienie zniknie z mojego głosu, aż przyspieszony oddech uciszy się zupełnie, a potem podstępnie, nalegająco ponawiasz swoje pytania.
Po raz drugi w życiu poszłam do szkoły mając lat piętnaście. Zdałam wstępny egzamin i przyjęto mnie do klasy dziesiątej. Szkoła mieściła się w okazałym czteropiętrowym gmachu, moja klasa znajdowała się na czwartym piętrze. Codziennie wspinałam się na schody dysząc ciężko, ręką przyciskałam silnie bijące serce. Na pierwszej godzinie lekcyjnej słowa nauczyciela nie docierały do mnie, zajęta byłam bez reszty uspokajaniem rozkołysanego serca. Starałam się opanować duszność, wciągając głęboko powietrze, próbowałam hamować spłoszone myśli. Czy zmęczenie minie? Czy będę mogła chodzić do szkoły? Jeśli matka odgadnie, jak bardzo męczy mnie wchodzenie na schody, na pewno zabroni mi tu przychodzić! Starałam się omijać tę okrutną myśl, ukradkowym gestem przykładałam rękę do skroni, aby się upewnić, że serce bije spokojniej.
Matka zauważyła bladość moich policzków, sinawe cienie pod oczyma. W nocy, obudzona moim ciężkim oddechem, pochylała się nade mną, kładła mi rękę na czole, aby się przekonać, że nie mam gorączki, odchodziła uspokojona i po chwili wracała znowu. - Czy nie boli cię serce? - pytała. - Nie, nie - uspokajałam ją - naprawdę nic mi nie jest. - Nie mogłam pozwolić na to, żeby odkryła prawdę, nie chciałam zrezygnować ze szkoły. Chodziłam do szkoły zaledwie kilka miesięcy w życiu. Szkoła była dla mnie symbolem zdrowia, symbolem zwykłego życia, do którego tak bardzo tęskniłam uwięziona w ograniczonej przestrzeni szpitalnych czy domowych ścian. Sądziłam, że chodząc do szkoły upodobnię się do innych dzieci, do tych, które mogą biegać, jeździć na rowerze, grać w siatkówkę... Wchodziłam na schody wolno, przystając na każdym stopniu. Serce kołatało coraz silniej i coraz więcej czasu potrzebowałam na opanowanie duszności. Przysiadałam na każdym półpiętrze i nie przyspieszałam kroku, pomimo naglącego dźwięku dzwonka. Wszystkie te ostrożności jednak okazały się daremne, zmęczenie narastało i pewnego zimowego dnia po wejściu na schody poczułam się tak źle, że wezwano szkolnego lekarza. Popatrzył na moją pulsującą krta¨½, palcami ujął przegub ręki, przez chwilę słuchał, a potem kazał wezwać matkę.
Pamiętam korzenny smak lekarstw. Cierpki smak koraminy, gorzki smak digitalisu. Z nim też jestem w przyjaźni od wielu lat. Początkowo gorzkie krople wlewała mi do ust matka, potem nauczyłam się sama wyciągać rękę w kierunku ciemnej butelki, ilekroć serce biło mi szybciej. Przytykałam butelkę do ust i piłam gorzki płyn nie odliczając kropli. Choroba czyniła gwałtowne postępy w moim ciele, zaborczo wdzierała się w nie opanowane dotąd rejony, znaczyła mnie swym piętnem. Wkrótce moja skóra pokryła się sinymi wybroczynami, które wolno, nieubłaganie zaczęły się zlewać w fioletowe plamy. Każde naczynie krwionośne miałam rozdęte ponad wytrzymałość. Leżałam w łóżku. Mój świat stał się tak czworokątny jak ściany pokoju i tak sko¨½czony jak przestrze¨½ wypełniająca ściany. Ich desenie także znałam na pamięć. Wiedziałam, w którym miejscu z chaosu kresek i kółek wynurza się twarz człowieka, w którym miejscu dese¨½ układa się w sylwetkę pędzącego konia, w ptaka o rozpostartych skrzydłach... W ten sam sposób obserwowałam desenie dywanu. Najmniejszy ubytek osnowy był stawem lub rzeką, barwne plamy na środku były orientalnymi krajami. Tak przeleżałam dwa lata, aż na zlecenie naszego domowego lekarza, który bezskutecznie wyczerpał arsenał dostępnych mu leków, zawieziono mnie do szpitala w Warszawie.
Ach, dzisiaj jestem zła na ciebie! Tak, to na pewno ty każesz mu odchodzić tak wcześnie. To na pewno ty - z troski o mnie czy z zazdrości - podpowiadasz mu, że nie powinien męczyć mnie rozmową, że nie wolno mu dotknąć mojej ręki. Czy nie wiesz, że tęsknię do jego rąk?! Nie mówiłam ci tego nigdy, ale odkąd cię poznałam, odkąd poznałam ciebie i jego, zaczęłam niesłychanie dbać o swój wygląd. Przed waszym przyjściem - przychodzicie punktualnie o piątej - opieram lustro o podgięte kolana, maluję ciemną kredką oczy, blade usta pociągam szminką i włosy upinam wysoko z tyłu głowy. Uśmiecham się do siebie, starając się przy pomocy drugiego lusterka zobaczyć także swój profil, wybieram najkorzystniejsze pozy dla głowy i rąk. Tuż przed piątą wstaję z łóżka i w koszuli podchodzę do okna. Odchylam firankę, przytykam twarz do szyby, osłaniam oczy od światła, wpatruję się w mrok. Idą - krzyczę, gdy wasze sylwetki - jedna wysoka i prosta, druga niższa, zgarbiona - ukazują się w głębi podwórka. Za chwilę tu będą - wskakuję do łóżka czując, jak szybko, głośno uderza mi serce. Sztucznie spokojna, nienaturalnie uśmiechnięta, nasłuchuję odgłosu waszych kroków, jego kroków, poprzez zamknięte drzwi chwytam ruski ton twego głosu, sens przeciąganych, przetrzymywanych na wargach słów.
Do szpitala w Warszawie pojechaliśmy razem z ojcem. Chorych było stanowczo za dużo jak na kilka ocalałych z pogromu wojennego budynków. Początkowo nie chciano mnie przyjąć. Na prośby ojca lekarz zgodził się wreszcie i położono mnie na dostawionym łóżku w korytarzu. Leżałam z twarzą odwróconą do ściany. Gniewały mnie natrętne, ciekawe spojrzenia przechodzących obok kobiet. Kołdrę podciągnęłam wysoko na podbródek, udawałam, że śpię. W nocy ktoś umierał za ścianą. Słyszałam jęki, obok mojego łóżka kilkakrotnie przebiegła pielęgniarka, zadudniły ciężkie kroki lekarza. Nad ranem wszystko uciszyło się, salowe w białych chusteczkach otwarły szeroko drzwi separatki i na korytarz wysunęły łóżko, na którym 17
leżał podłużny przedmiot zawinięty szczelnie w prześcieradło. Łóżko z wolna wyminęło mój posterunek i skrzypiąc zniknęło w głębi korytarza. Naciągnęłam kołdrę na oczy.
Rano obudził mnie gwar. Korytarz wypełniony był młodymi ludźmi ubranymi w białe fartuchy. Twarze mieli jeszcze dziecinne, spojrzenia żywe, zachowywali się niesfornie, jak na przerwie w szkole. Kilku z nich przystanęło obok mojego łóżka, przypatrywali mi się impertynencko. Wypróbowanym sposobem naciągnęłam kołdrę na głowę i odwróciłam się do ściany. Z tego schronienia wydobył mnie głos lekarza. - Pani tu dawno... - a kiedy odsłoniłam twarz - czy dawno tu jesteś - zapytał i pochylił się, żeby osłuchać serce. Kiedy sko¨½czył badanie, otoczyli moje łóżko studenci; kolejno pochylali się nade mną, przytykali słuchawki do mojej drgającej piersi, przyglądali mi się z zaciekawieniem. Pod kołdrą zaciskałam ręce w pięści, czułam, jak rośnie we mnie głuchy bunt. Kiedy odeszli, powstrzymywane łzy napłynęły mi do oczu, zaczęłam płakać. Początkowo płakałam cicho, wycierając mokrą twarz brzegiem kołdry, potem głośniej, aż wreszcie mój rozpaczliwy szloch słychać było w całym korytarzu. Na próżno przerażone kobiety usiłowały unieść kołdrę. Pielęgniarka, która siłą odsłoniła mi twarz, stała nade mną bezradna Dopiero z pomocą lekarza, który jedną ręką przytrzymał mi głowę, a drugą podważył zęby, udało jej się wlać mi do gardła kieliszek gorzkiego płynu. Po chwili uspokoiłam się, leżałam znowu cicho i tylko czasami wstrząsał mną nagły dreszcz.
Uśmiechasz się uniesionymi kącikami ust. Twoja twarz nie zmieniła wyrazu, nie powiedziałeś nic, ale i tak zrozumiałam. Sądzisz, że nie powinnam wtedy płakać. Słabość - myślisz, i słowo, które boli jak cięcie - histeria. Milknę na chwilę, urażona, a potem wybucham: - No to co? Jeśli nawet histeria, to co?! Pod ciemnym kloszem aparatu Roentgena pytają - wiek pacjentki? - i odpowiadam - siedemnaście. Tak, miałam wtedy siedemnaście lat! Zsuniętą koszulę przyciskałam do bioder, moje uszy były pełne chłodnych, precyzyjnych sformułowa¨½: Trzy palce na prawo od linii mostka, pomiędzy szóstym i siódmym żebrem, dwa palce od linii pachowej... Serce rosło we mnie jak dziwny płaz, rozsadzało mi piersi, coraz mniej miejsca zostawiając na oddech.
A jednak masz rację, przyjacielu, tamta litość nad sobą nie była usprawiedliwiona. Byłam godna zazdrości, tak, to ja byłam godna zazdrości. Początkowo nieświadoma uczuć, jakie budzę, nie zwracałam uwagi na tę wychudzoną dziewczynę leżącą tuż przy drzwiach. Jej głęboko wpadnięte oczy błyszczały gorączkowo, policzki powleczone były ceglastym rumie¨½cem. Wargi miała fioletowe, ko¨½ce jej palc¨®w też były fioletowe, nogi sine i spuchnięte. Śledziła mnie; cokolwiek robiłam, czułam na sobie jej wzrok. Przywykłam w ko¨½cu, że wodzi za mną głodnymi oczyma, że odprowadza mnie spojrzeniem do drzwi i cicho czeka, aż wrócę, żeby patrzeć na mnie znowu. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, przyjacielu, jak rani ją każdy mój krok. Przyglądała mi się, kiedy wieczorem zakręcałam włosy na skrawki papieru i ilekroć wstawałam z łóżka, przywierała zazdrosnym spojrzeniem do moich nóg.
Nie wiedziałam jeszcze wtedy, a gdy zrozumiałam, było za późno. Tego wieczoru usiadła na łóżku, rozszerzone źrenice wbiła w ścianę. Mówiła głośno, dobitnie, jak gdyby chciała sobie powetować długie miesiące milczenia:- Nie umrę, na pewno nie umrę. Muszę żyć, to niemożliwe, żebym umarła. Tyle jeszcze muszę zrobić, tyle dokonać! Jestem stworzona dla wyższych celów! Nie umrę, nie, nie! - Jej głos załamał się w krzyku. Podbiegłam i pochyliłam się nad nią. Przez chwilę kołysała się milcząc, a potem patrząc z nienawiścią w moją twarz wysyczała: - To ty umrzesz! Zobacz, jaką masz siną twarz! Nie jesteś ładna, wcale nie jesteś ładna, popatrz na swoją twarz! - Z ogromnym wysiłkiem odrzuciła kołdrę usiłując wstać. Spuchnięte nogi załamały się pod nią, upadła obok łóżka. W asyście przerażonych pacjentek nadbiegł lekarz i dwie pielęgniarki. Podniesiono ją, odchylono jej głowę do tyłu, wlano do ust kieliszek brunatnego płynu. Nie protestowała, wydawała się zupełnie wyczerpana, leżała cicho z półprzymkniętymi szklistymi oczyma. Umarła nad ranem nie odzyskawszy przytomności.
Sześć tygodni spędziłam w szpitalu. Kiedy ojciec przyjechał po mnie, padał już śnieg. Delikatny jeszcze wirował nad głową, opadał lekko na chodnik, żeby natychmiast stopnieć w miękkie, brudne błoto. Wracałam do domu! Tuż przed załatwieniem ostatnich formalności, związanych z wypisem, lekarz salowy poprosił mnie do swego gabinetu. Stałam przed nim w palcie, z ciepłym szalikiem wokół szyi, gotowa do wyjazdu. - Proszę, niech pani usiądzie - powiedział i sam usiadł naprzeciw mnie. - Nie jest pani już dzieckiem, o pewnych rzeczach musi pani sama pamiętać, musi pani uważać na swoje serce. Nie wolno się pani męczyć, nie wolno dopuścić do najmniejszej zadyszki. Nie wolno pani biegać, nie wolno chodzić po schodach, nie wolno...
- Będę pamiętać. Do widzenia, panie doktorze.
Po chwili biegłam po stromych stopniach w dół.
Przyszedłeś bez niego i oczywiście nie wytrzymałam. Wybiegłam do drzwi i już na progu zasypałam cię pytaniami: Dlaczego nie przyszedł? Gdzie jest? W twojej twarzy nie drgnął żaden mięsie¨½, a jednak wiedziałam, że sprawiłam ci ból. Milczałeś przez chwilę, a potem powiedziałeś swoim zwykłym tonem, lekko przeciągając sylaby:
- Wyjechał.
Nie spytałam, dokąd, nie zapytałam, na jak długo, ale te wszystkie pytania krążyły w ciszy przerywanej moim przyspieszonym oddechem.
- Wyjechał - powtórzyłeś i litując się nade mną dodałeś: - Do Warszawy. Na długo.
Moje myśli biegły gorzko, szybko: kim byłam, żeby miał zostać ze mną, ten silny zdrowy chłopiec o niewyczerpanych pokładach energii, z ambicją rozsadzającą jego młodą głowę... Czym chciałam go zatrzymać, ja, ze swoim chorym sercem, z ciałem udręczonym chorobą, z każdą myślą nabrzmiałą bólem, pamiętającą. Jak trudno mi odzyskać swobodny oddech, jak bardzo zmęczyłam się przebiegając kilka kroków...
Siedzieliśmy w milczeniu. Ja na brzegu łóżka, ty na krześle przy stole. Ciemne okulary odcinały cię od światła, nie mogłeś zobaczyć moich łez.
- Czuję się dzisiaj źle - powiedziałam lekko ochrypłym głosem - nie będę mogła mówić...
Usłyszałeś. Twoje wargi drgnęł
 

 
Usłyszałeś. Twoje wargi drgnęły, powiedziałeś cicho:
- Dobrze, dzisiaj sobie pomilczymy.
Rzuciłam na ciebie szybkie spojrzenie. Siedziałeś sztywno na krześle, z nieruchomą twarzą, z kącikami ust nieodmiennie uniesionymi do góry. Nagle roześmiałam się.
Przez pewien czas nie miałam okazji naruszać zakazów lekarzy. Pogoda była zła i matka nie pozwalała mi wychodzić z domu. Większą część dnia spędzałam w łóżku lub w fotelu przysuniętym do lekko uchylonego okna. Ten tryb życia sprawił, że czułam się dobrze, i wiosną rodzice postanowili wysłać mnie do sanatorium. Jak zwykle odwiózł mnie ojciec, mój mocny ojciec, który w jednej ręce trzymał walizkę, a drugą podtrzymywał mnie pod ramię tak silnie, że idąc prawie unosiłam się nad ziemią. Sanatorium nie potwierdziło moich obaw. Te małe, czyste pokoje, pomalowane kolorowo, z prawdziwymi kretonowymi firankami, w niczym nie przypominały ponurych sal szpitalnych. Z balkonu, na który wbiegłam, widać było góry i powietrze pachniało świerkami. Oznajmiłam ojcu, że zostanę tu z radością.
Tej wiosny polubiłam wszystkie lustra. Sine plamy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknęły z mojego ciała, policzki zaokrągliły się i nabrały lekkich rumie¨½c¨®w. Matka podarowała mi pierwszą koralową szminkę i ilekroć wychodziłam do parku, pociągałam nią usta. W drodze do pijalni wód zdrojowych przechodziłam obok sklepu z zabawkami, którego wystawa wyłożona była lustrzaną taflą. Mijając wystawę zatrzymywałam się na krótki ułamek sekundy, chwytałam swoje odbicie w lustrze, a potem biegłam dalej, podniecona i szczęśliwa.
Prędko zapomniałam o dobrych radach lekarza. Chodziłam dużo i ta¨½czyłam. Mężczyźni zaczepiali mnie wszędzie i wkrótce do radości, jaką sprawiało mi to powodzenie, domieszała się odrobina przekory. Jakże lubiłam ich zwodzić! Umawiałam się na spotkania i nie przychodziłam. Późnymi wieczorami przesiadywałam na balkonie małego sanatoryjnego pokoju z przemiłą współlokatorką, której charakter potwierdzał słuszność wyboru jej imienia - Aniela - a którego nie było w stanie zaćmić jej złowrogie nazwisko - Szatan. Aniela Szatan wyciągała z szafki salaterkę poziomek ze śmietaną, którą chowała dla mnie przy obiedzie, i z uśmiechem nalegała, żebym jadła. Jej matczyne uczucia potrzebowały gwałtownie ujścia; od pierwszego dnia naszej znajomości byłam przedmiotem jej dumy i troski. Opiekowała się mną serdecznie i bardzo była zmartwiona, kiedy w miesiąc później zabrano mnie do szpitala z ciężkim obrzękiem płuc.
A teraz nie pytaj, bo nie powiem nic więcej.
III.
Chcesz wiedzieć, dlaczego zamilkłam tamtego wieczoru? Bałam się. Leciutki grymas twoich ust ostrzegał przed każdym niepotrzebnym słowem, potępiał nie uznające rygorów gramatycznych uczucie. Byłam świadoma tej kontroli i starałam się omijać chwile, o których nie mogłam mówić z beznamiętnością widza. Czas, do którego zbliżyłam się w moim opowiadaniu, jeszcze ciągle żył we mnie. W każdą noc przed zaśnięciem wpatrywałam się długo w cienie na suficie, zapamiętanym gestem wyciągałam ręce w ciemność. Nikt nie przychodził, nie mógł przyjść. Moje ciało jednak odmawiało zrozumienia, nie chciało uwierzyć w ostateczność tego odejścia.
Nie nalegałeś i nie podjęłam opowiadania. Te dwa lata stały się dla ciebie nie odkrytym archipelagiem w moim życiu, wiedziałeś o nich jedynie, że były latami mojego małże¨½stwa.
Ten czas, stojący tuż poza mną, oddalił się teraz tak daleko jak dni, o których ci opowiedziałam, i jak dni, o których opowiem ci jeszcze. Moje ręce nie wyciągają się już w kierunku zamkniętych drzwi i moje ciało nie pamięta ciepła tamtego ciała. A jednak wystarczy krótkie spojrzenie wstecz, odwrócenie głowy, abym zobaczyła go znowu pochylonego nade mną.
- Czy mogę usiąść obok pani?
Siedziałam zamyślona i nie widziałam, jak nadszedł. Na dźwięk głosu odwróciłam głowę i zobaczyłam tuż nad sobą jego ciepłe, szare oczy. Te oczy osadzone głęboko, ocienione dwoma szerokimi łukami brwi, patrzyły na mnie z prośbą i z zachwytem. Początkowo mówił o mojej twarzy, o moich włosach i ustach, szybko jednak przeszedł na temat, który interesował go najbardziej z wszystkiego na ziemi - jego życie. Był rozgoryczony pierwszym serdecznym rozgoryczeniem młodości. Gniewał się na życie. Nie umiałam jeszcze wtedy odgadnąć powszechności tej postawy. Patrzyłam na niego z podziwem, szeroko otwartymi oczyma, kiedy szliśmy pod cienistymi świerkami parkowej alei.
Mój nowy znajomy rozpamiętywał śmierć swego przyjaciela, który umarł nagle i niepotrzebnie; po ostatnich egzaminach przyszedł pożegnać się z kolegami - no, to cześć - powiedział i nazajutrz znaleziono go powieszonego na jabłoni w uniwersyteckim ogrodzie. Poprzez pryzmat tej samobójczej śmierci patrzył na niskie, ciążące ku ziemi gałęzie świerków, na zachęcające uśmiechy mijających nas dziewcząt. Jego smutek imponował mi, nie umiałam jednak podzielić tego żalu do życia o to, że wymyka się wszelkiej logice i że jego potęga polega na monotonii tych samych, uparcie powtarzanych chwytów. Idąc w słoneczne popołudnie pod zwisającymi nisko gałęźmi drzew zrozumiałam tylko, że mój znajomy jest smutny i że nie umie się cieszyć łąką, która najmocniej pachnie o zmroku, że nie sprawia mu radości ani szale¨½cze wirowanie w ta¨½cu, ani pocałunki. Postanowiłam go nauczyć radości.
Na drugi dzie¨½ przyszłam na spotkanie ubrana w najlepszą sukienkę. Moje umyte i zakręcone włosy lśniły w sło¨½cu, uśmiechałam się także odświętnie uśmiechem wyuczonym specjalnie dla niego. Czekał na mnie i kiedy spostrzegł, że idę - wybiegł mi naprzeciw. Na ramieniu miał aparat fotograficzny i pod pretekstem robienia zdjęć ustawiał mnie w sło¨½cu i przyglądał się mojej twarzy. Kiedy tak patrzył na mnie z różnych odległości, mrużąc oczy, wydawało mi się, że zapomniał zupełnie o swoim wczorajszym nastroju. Cieszyłam się ze zwycięstwa odniesionego nad jego smutkiem i uśmiechałam się radośnie, ilekroć prosił mnie o uśmiech. Wieczorem poszliśmy na jedną z tych licznych zabaw tanecznych odbywających się w sanatoriach i po raz pierwszy, odkąd nauczyłam się ta¨½czyć - ta¨½czyłam już całe dwa tygodnie - nie interesowali mnie inni mężczyźni. Patrzyłam tylko na niego i ta¨½czyłam tylko z nim.
Późnym wieczorem odprowadził mnie pod sanatorium. Zanim jeszcze weszłam w drzwi, objął mnie i pocałował. To był delikatny pocałunek, ciepły jak jego oczy i pełen jak gdyby niedowierzania. Przytuliłam się do niego, a potem szybko, nie mówiąc do widzenia, wbiegłam na schody.
Od tej pory spędzaliśmy ze sobą całe dnie. Chodziliśmy razem na długie spacery drogą wiodącą poza miasto, pływaliśmy wypożyczonym kajakiem po stawie i ta¨½czyliśmy przytuleni do późna w noc. Nigdy już nie powracał myślą do zmarłego kolegi, nie pamiętał także o tym, co opowiedział mi w drugim dniu naszej znajomości. Kiedy po ewolucjach, mających na celu zrobienie jak najlepszych zdjęć, usiadł zdyszany w parkowej alei, zapytałam: - Czy też masz chore serce? - Dowiedziałam się wtedy, że kilka miesięcy temu przeszedł zapalenie stawów, które pozostawiło po sobie nieuleczalną wadę. Na szyi pulsowała mu ciemnobłękitna żyła. Rozszerzenie aorty - wyjaśnił rozpinając kołnierzyk koszuli. Zauważyłam potem, że ilekroć był zmęczony, żyła nabrzmiewała i pulsowała silniej.
To wszystko, o czym dowiedziałam się w pierwszym i drugim dniu naszej znajomości, uciekło z naszych myśli, ustąpiło miejsca teraźniejszości. Teraz - to było sło¨½ce świecące nam w twarze, kiedy wychodziliśmy spod świerkowych gałęzi, to była woda odbijająca nasze sylwetki, kiedy staliśmy pochyleni nad stawem, to były moje usta i moje ręce. Posmutniał tylko raz jeszcze na krótką chwilę tuż przed odjazdem. Wyjeżdżał wcześniej ode mnie i gdy stał oparty plecami o czerwony bok autobusu, jego oczy patrzyły na mnie nieufnie, odległe. Położyłam mu ręce na ramionach i wspiąwszy się na palce, pocałowałam go w policzek.
- Będę do ciebie pisała codziennie i ty będziesz do mnie pisał, i jak tylko powrócę do domu, przyjedziesz do mnie.
- Pamiętaj - szepnął, przycisnął mnie do siebie gwałtownie i wskoczył do ruszającego autobusu.
Było mi smutno, kiedy szłam stromą ścieżką do sanatorium. Szłam powoli zatrzymując się co kilka kroków, żeby głęboko odetchnąć. Od pewnego czasu nie czułam się dobrze. Męczyłam się wchodząc na schody, nie mogłam biec, a kiedy ta¨½czyłam, czułam, jak moje serce bije mocno, głucho. Tego wieczoru ta¨½czyłam dużo i szybko. W pewnym momencie poczułam dławienie w krtani - znajoma duszność podpełzła mi pod gardło. Wymknęłam się z tłocznej sali i usiadłam na trawniku. Odetchnęłam głęboko, ale spodziewana ulga nie nastąpiła. Zaczęłam iść w stronę sanatorium, najpierw powoli, a gdy poczułam, że duszność się wzmaga - szybciej. Oddychałam z trudem chwytając powietrze szeroko otwartymi ustami, z gardła wydobywały mi się chrapliwe świsty. Dotarłam do drzwi sanatorium i zupełnie wyczerpana usiadłam na stopniach. Powracający z przechadzki kuracjusze wciągnęli mnie na schody, zanieśli do gabinetu pielęgniarek. Ktoś pobiegł po lekarza. Leżałam dławiąc się. Nie mogłam oddychać. Lekarz, który nadszedł w pośpiechu, po krótkim namyśle wbił mi grubą igłę w wyprostowane ramię. Wąską, ciemną strużką krew pociekła do podstawionej szklanki. Dusiłam się. Pomiędzy jednym i drugim świszczącym oddechem krzyczałam - mamo! - i - nie chcę umrzeć! Kiedy szklanka napełniła się krwią, poczułam ulgę. Oddech wracał. Lekarz, do tej pory stojący nade mną, usiadł na krześle i ujął przegub mojej dłoni. - Nie wolno ci w ten sposób postępować, dziecko - jego łagodny głos docierał do mnie jak gdyby z odległości, głuszony szumem krwi w uszach, moim jeszcze ciągle niespokojnym oddechem.
- Nie wolno ci... - z odległości patrzyły na mnie wyblakłe niebieskie oczy, daleko, w białej mgle, pochylała się nade mną jego pomarszczona, śniada twarz.
- Gdybyś przyszła chwilę później, nie mógłbym cię uratować. Przecież chcesz żyć, prawda?
str 21
 

 
apps.facebook.com/veroniperlepure?id=163 zagłosuj , prosze bo kolezanka baaardzo chce wygrac a mam bardzo duuuuży dług co do niej !
 

 
apps.facebook.com/veroniperlepure?id=163 zagłosuj , prosze bo kolezanka baaardzo chce wygrac a mam bardzo duuuuży dług co do niej !
 

 
http://apps.facebook.com/veroniperlepure?id=163 zagłosuj , prosze bo kolezanka baaardzo chce wygrac a mam bardzo duuuuży dług co do niej !
 

 
Kochane...
ostatnio mam troszke problemy zdrowotne, cierpie.
Nie mam siły na nic , nie mam siły do was pisac.
Napisze jak poczuje sie lepiej-.-
Obiecuje ze nadrobie zaległosci

zdjecie robione jakis tydzien temu ( sorrki za jakosc...)


szczerze co sadzicie?
  • awatar Gość: Ślicznie wyglądasz! :) I szybkiego powrotu do zdrowia życzę ;*
  • awatar Fit and free (Fuck this): @Aisha93: dziekuje i popieram ;)
  • awatar Fit and free (Fuck this): @Mxoxo: jako tako to nie prowadze zadnej drastycznej diety, ograniczam poprostu słodycze i prowadze zdrowszy tryb zycia, biegam i cwicze ale robie to tylko dla wyrzezbienia ciala a nie drastycznego schudniecia ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
*Oszalałam*
dwa dni temu przez minute widziałam M.
tak dla przypomnienia to chłopak ktory sie mna bawił/bawi.
pisałam ze jestem silna ze juz dla mnie nic nie znaczy. Ale znaczy. Jak tylko go zobaczyłam od tamtego momentu wszystko wrociło. wstyd mi przyznac ale ja go KOCHAM...

*Fuck*
mam dosc. nie moge przestac o nim myslec. a on ma mnie totalnie gdzies. nawet nie napisał ze nie jedzie na kadre. dowiedziałam sie z fb -.- .

To boli... ale ja tak bardzo go chce!
  • awatar Gość: nie wiem,ale da się tak. a nawet więcej. kiedyś podczas głodówek codiennie chudłam 1,5 kg więc ... :P
  • awatar Fit and free (Fuck this): @spełnić-marzenia: wspołczuje ;( nie mam pojecia , ale ja raczerj nie mogłabym zakochac sie w normalnym kolesiu bo lubie wyzwania. No ale nie lubie cierpiec ;/
  • awatar Gość: Skąd ja to znam.. mam podobną sytuację. Dlaczego my musimy zakochiwać się w totalnych dupkach? ;/
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 



obejrzyjcie te filmiki , sa mega o.O
"jezeli naprawde tego chcesz..."

 

 
"Nie poddawaj się. Znieś cierpienie dzisiaj i żyj do końca życia jako mistrz."

"To brak wiary w siebie sprawia, że ludzie boją się podejmować wyzwania. Ja w siebie wierzę"
-Muhammad Ali.

"Bieganie daje mi radość. Lubię życie, cieszę się wszystkim, co dookoła"
-Haile Gebrselassie

"Ludzie uważają, że się ośmieszam przebierając się w dres, biegając lub gimnastykując. Saldo jest jednak korzystne dla sportu, a to najważniejsze. "
-Tomasz Hopfer

"Teraz bieganie sprawia mi znowu ogromną radość. To jak z psem, który najpierw dostaje miskę, a potem mu się ją odbiera. Pies będzie warczał i walczył. Tak samo ze mną, zamierzam walczyć o swoje. "
-Marek Plawgo

"Wstajesz rano i cię nic nie boli, to sprawdź, czy żyjesz. "
-Szymon Ziółkowski

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Co do tematu postu.
Tak pobiłam mój rekord.
Rekord w bieganiu.
Równiutkie 2 godziny o.O.
Jestem z siebie mega dumna.
Biegłam, tak poprostu jakby gdyby nic .
Nie czułam bólu.
Czułam radośc.
Euforie.
Uwielbiam to♥

Jak stajemy sie lepsi?
odpowiedz jest prosta, wszystko zalezy od nas samych. Nikt nie zrobi tego za nas.
Sami musimy podjasc ta ciezka, a jakze trafna decyzje by ruszyc sie z miejsca. By sie doskonalic.

"Bieganie jest dla mnie pożytecznym ćwiczeniem, a jednocześnie pożyteczną metaforą. [...] Chodzi o to, czy byłem, czy nie byłem lepszy niż wczoraj. W biegach długodystansowych jedynym przeciwnikiem, jakiego ma się do pokonania, jesteśmy my sami i to, jacy byliśmy wczoraj."
  • awatar ana-love: Gratulacje kocie!!!!!!:) Trzymam kciuki za dalsze sukcesy. bO NIE WIEM ZA ILE ZNÓW TU WEJDĘ :( pOWODZENIA :*
  • awatar ana-love: Jesteś mega!!! niewiem jak ci sie to udało :)hehe Gratuluję!!!
  • awatar Fit and free (Fuck this): dziekuje kochane ;* to wy jestescie niesamowite ♥
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Teraz już cicho kochanie, nie płacz
Wszystko będzie dobrze
Zaciśnij wargi, mała damo i walcz!
Mówie ci walcz! Bo nikt tego za ciebie nie zrobi.
To jest twoje życie. Ty decydyjesz. Jeśli naprawde tego chcesz to WALCZ!
  • awatar Gość: Lubię takie podejście. Pokażmy, że jesteśmy silne kochana ;* ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
dla odmiany...
♥.♥
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
dzisiaj musze zrobic przerwe z cwiczeniami na ABS bo kregosłup mam mardzo obciążony a wole nie ryzykowac, wiec dam mu odpoczasc troche.
bieganie jutro , mam ochote pobic rekord do jakis 100minut albo chociaz 90. zobaczymy.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
wczoraj w ZOO było swietnie!
duzo sie nachodziłam, i szkoliłam swoje umiejetnosci w czytaniu map xD
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
dzisiaj ide na piwo z kolegami i K.
bedzie T. ''
nie wiem co robic...
ale z Kachą bedzie mi lepiej

trzymajcie sie kochaniutkie chudziny
  • awatar Gość: Jasne, nie ma co przemęczać kręgosłupa ;* Miłej zabawy ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
kilka motywujacych filmików:
"chcesz czegos? to walcz i juz!"



Czy miałeś kiedyś w życiu chęć osiągnąć coś, co według przeciętnego człowieka jest niemożliwe? Czy pragnąłeś tego tak bardzo, że byłeś w stanie poświęcić się jak nigdy? Wyjdź ze strefy komfortu i podążaj za swoim celem lub odpuścić i każdego wieczoru, przed zaśnięciem żałuj, że zmarnowałeś kolejny dzień swojego życia. Wybór należy do Ciebie!
Zawsze pamiętaj, że życie nie jest wieczne i nigdy nie będziemy nieśmiertelni, ale możemy stworzyć coś co takie pozostanie.

 

 
hej kochaniutkie mialam wczoraj napisac jak tam po spotkaniu, ale sił mi brakło ;D
wiec nadrobie dzisiaj.
na spotkanie pojechalam z taka kinga, jak dla mnie zbyt cicha.
na poczatku było dosc strzywnie ale pozniej bylo coraz lepiej. Przyszło 16 osob w tym 4 chłopaków.
Najbardziej polubiłam Weronike jak sie okazało kuzynke Kusiego, wiec miałysmy o czym gadac ;D
ogolnie klasa wydaje sie mega fajna. Te 4 lata wytrzymamy ;P
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dobra przyznaje sie przez dwa ostatnie dni zawaliłam troche z dieta, wczoraj skusiłam sie na polowe ochydnego hamburgera -.- a dzisiaj z okazji urodzin mamy placek...
ale za to z cwiczeniami coraz lepiej.
dzisiaj poprawiłam swoj rekord dotyczacy biegania. biegałam równiutko 85 minut!
codziennie robie przynajmniej 30 przysiadow,
codziennie cwicze ABS przez 30 min!
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Kolega mnie wyciaga znowu na piwo jutro...
ale jako wymowke mam ZOO w Poznaniu
spontan moich rodzicow <3
__________________________
a tu zdjecia kiepskiej jakosci z dzisiejszego biegu
  • awatar Gość: Wow, super z tym bieganiem ;* powodzenia, oby tak dalej ;*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
kocham moja zmiane. zmiane na dobre.
kocham zdrowy styl zycia. kocham ciwczyc i uczucie po. kocham czuc sie dumna gdy biegne niezwarzajac na innych. kocham tak wiele rzeczy ale najbardziej kocham i w pelni kaceptuje siebie.

dzieki treningą czuje sie pelna energi, chce mi sie zyc i kontunuowac. Cwiczenia sa dla mnie narkotykiem, chociaz nie sa czyms lepszym. o wiele lepszym!

dały mi o wiele wiecej niz mogłam sobie wymarzyc: pewnosc siebie, samoakceptacje, poczucie wlasnej wartosci, dume a zabrały tylko jedno TŁUSZCZ!

nie załuje, nigdy nie zaluje swoich decyzji. wiem ze kazda mała decyzja prowadzi mnie do celu. Robie to dla siebie. ♥♥♥
  • awatar Gość: Świetne słowa. ♥ Też uwielbiam to uczucie zmęczenia po ćwiczeniach ale równocześnie jestem zadowolona ;) Powodzenia w dalszych zmaganiach kochana, które są oczywiście bardzo przyjemne i pożyteczne ;*
  • awatar Fit and free (Fuck this): @PetitFraise: oh no to regeneracja potrzebna :P
  • awatar PetitFraise: Dobrze mówisz :) Kocham bieganie, niech tylko moje ciało przestanie się buntować! ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
dzisiaj biegałam. o 15 o.O to nie był najlepszy pomysł. o tej godzinie brakuje mi energi, ludzie sie gapią...
no ale niepoddałam sie i biegłam przez rowno, ustalona godzine.

jestem padnieta, ale lepsze to niz wymowki itd.


wniosek: biegac kolo 19!


jutro spotkanie klasowe...
troche sie boje, mam nadzieje ze trafiłam na wspaniałych ludzi.


"Znajdz swoja doskonałośc"
  • awatar Gość: Życzę jak najdłuższej wytrwałości w bieganiu.. ja niestety jakoś do biegania się nie mogę przełamać.. ;<
  • awatar Fit and free (Fuck this): @rayle: mam taka nadziej ;)dzisiaj sie przekonamy , napewno dam znac jakie wrazenia :D
  • awatar Fit and free (Fuck this): @zakoffana w tb :*: dzieki, naprawde mi przykro ale nie pomoge gdyz nie interesuja mnie masowo wysyłane komentarze. nienawidze takiego czegos wiec na przyszlosc mowie NIE.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
dzisiaj był jeszcze festyn!
kazdy odrazu mysli prazynki, hamburgery i inne okropienstwa. Nieee nie tym razem. Gdy tylko zobaczyłam cos okropnego z ziemniakow prawie zwymiotowalam , nie mam wcale ochoty na niezdrowe przesiakniete tłuszczem swinstwa...
Mama kupiła mi zapiekanke , z powodu ze dawno nic nie jadłam ugryzłam ale po 2 gryzie skonczyłam. Nie miałam ochoty. Nie byłam głodna.

Buziaki ;*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
hahhaa 3 godzinki na plazy w 30 stopniowym upale robi swoje jestem ślicznie opalona ^^
miałam dziwna sytuacje ...

Byłam z rodzicami, 6 letnią siostra i 4 letnia kuzynka bawiłam sie z nimi w wodzie a tu nagle słysze rozmowe paru kolesi, ktorzy byli kawałek dalej:
-ejj obczaj ta co sie z dzieckiem bawi o.O
-dobra "foczka"
-ej chłopacy to my moze TU popływamy dłuzej
no ale nic pozniej wracam juz do auta to znowu oni...
jeden gadał przez telefon wynikła z tego taka rozmowa:
-ooo nasza foczka idzie.
-zrób jej zdjecie!
-ej czekaj zaraz ci mms'a wysle
no i wiadomo moi rodzice ida za mna a oni mi zdjecie robia o.O masakra.

był jeszcze jeden komentarz od nnych kolesi " ;o jest doobrze! " odnosnie mojej figury.

nie wiem czy okreslenie "foczka" mi pasuje, ale fajnie jest wiedziec ze moje starania nie ida na marne i komus sie podobam.
buziaki
  • awatar Gość: haha :) Przynajmniej widzisz, że są efekty ;)
  • awatar ana-love: hehe świetne określenie:) widzisz jak to nieznajomi potrafią humor poprawić:P widać od razu efekty twojej ciężkiej pracy nie poszły na marne:)
  • awatar Aisha93: foczka O.o
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Nie załuje ze wczoraj poszłam
było swietnie, wypilismy 2 piwa.
bylam jedyna dziewczyna w towarzystwie 7 chłopaków ;D
najlepsze na koncu T. odprowadził mnie do domu , wogóle nie było mu po drodze o.O ale szedł nie marudził. pozniej jak juz wrocilam do domciu to mnie wolal przez okno ze na taxi czeka. Na boso poszlam i z nim czekałam, bylo sympatycznie szkoda ze na koncu moglam pozwolic sobie tylko na przytulaska (przyp. T. ma dziewczyne -.-).

Dostałam takze wczoraj zaproszenie na grilla i picie we wtorek ;D
K. towarzysko odzywa!
była takze smutna wiesc... wiadomosc od mojej "przyjaciółki" ale nie bede sobie teraz psuc tym humoru.
buzki
  • awatar Gość: Pozytywnie przede wszystkim :) Oby jak najdłużej ;*
  • awatar ana-love: cieszę się że spotkanie ci się udało:)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
z dzisiejszego wazenia jestem mega zadowolona, coraz blizej celu ^^ czyli 58.2kg !
DAM RADE!
nagroda jako tako bedzie wyjscie na piwo z kolegami... wiem ze nie powinnam ale coz.

Chudego
  • awatar Gość: Gratuluję i cieszę się razem z Tobą ;*
  • awatar ana-love: Korzystaj, wkońcu są wakacje :)Udanej zabawy życzę:*
  • awatar Fit and free (Fuck this): @heart and mind: heh bo nie zdrowo ;D no ale jak zapraszaja to trzeba isc , dziekuje :*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
po bieganiu ;P
uwielbiam to uczucie.
uwielbiam ten pot na koszulce.
to jest niesamowite. wtedy wiem ze potrafie ze jestem w stanie wszystko zrobic!
  • awatar Fit and free (Fuck this): @heart and mind: ojc ja znalazlam jakies drozki kolo mojego domu gdzie nikogo nie ma, ale nawet jesli to nauczylam sie juz biegac tak jakby nikt nie patrzal nie zwazajac na innych :) bo robie to wkacu dla siebie
  • awatar heart and mind: też lubie, ale nie za bardzo lubie biegać na moim stadionie koło domu...za dużo pijaków się tam zbiera. i gapią się na mój tyłek, który podskakuje góra, dół, góra, dół :/
  • awatar Fit and free (Fuck this): dla tego uczucia warto :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
dzisiaj mija mój 200 dzien na pingerze♥
jutro rano wazenie, nie wiem czy jestem gotowa ale wazne ze sie starałam, zawsze bede!

dzisiaj od jakies godz. 15 wybieram sie biegac ale z powodu upału czekam xP

2 dni temu odkryłam cwiczenia "ABS w 7minut"
cwicze juz drugi dzien.
http://ana-love32.pinger.pl/ przyłańcza się ♥
Trzymajcie kciuki!
W poniedziałek spotkanie z nowa klasą o.O to juz?
pech chciał ze akurat na plaży... pocieszajace jest ze nie chodze do klasy z szkieletami, dziewczyny ( wnioskujac po zdjeciach na fb) sa przy kosci. Nie to co moja klasa w gim. wszystkie o wymiarach modelek co dobijało mnie ( o bardziej kobiecej figurze) w znacznym stopniu.

co do odchudzania : juz przyzwyczaiłam sie i rodzine do odmowy. Nie jem słodyczy. Nie poddaje sie, kazdy dzien jest dla mnie wyzwaniem. Wyzwaniem, ktore wiem ze umiem wypełnic.
Jestem silna. Jestem sobą. Kocham swoje ciało.
Kocham siebie!
No i was oczywiscie ♥♥♥
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Po tym wszystkim co przeszłam
Pewnie myślisz ze będę tobą gardzić
Ale w końcu chcę tobie podziękować
Bo to uczyniło mnie o wiele silniejszą

Myślałam że cię znam
Myślałam że byłeś szczery
A teraz myślę że nie, nie mogę już zaufać
Bo ciągle mydliłeś mi oczy, ale to już koniec
Bo mam już dość
Byłeś przy mnie
Zawsze chętny
Ale twój zapał spłonął
Bo twoja chciwość sprzedała mnie we wstydzie
Bo to uczyniło mnie o wiele silniejszą
Nauczyło bardziej się starać
To uczyniło mnie o wiele mądrzejszą
Więc dzięki za zrobienie ze mnie wojownika
Sprawiło ze szybciej się uczę
Uczyniło moją skórę grubszą
A mnie o wiele mądrzejszą
Więc dzięki za uczynienie mnie wojowniczką
 

 

próbowała któras?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›